Rynek
Sprzedaż aut na prąd bije rekordy, ale stacje ładowania mogą się wkrótce „zakorkować”
Elektromobilność w Polsce może niebawem paść ofiarą własnego sukcesu. Choć trzeba pochwalić starania w budowie samochodowych ładowarek w 2025 roku, w tym roku dynamika ich powstawania mocno siadła. Z drugiej strony, szturm chińskich, bardzo przyzwoitych, „elektryków” spowodował skokowy wzrost samochodów EV na polskich drogach. Jeśli tak dalej pójdzie, rok 2027 będzie bardzo stresujący dla elektromobilnych kierowców. W większych miastach na stacjach już robi się ciasno.

Mamy nową, bardzo ciekawą rzeczywistość. Wyobraź sobie, że wchodzisz do salonu i zamiast benzynowego kompaktu za 120 tys. zł wyjeżdżasz dużym, wygodnym, nowiutkim autem elektrycznym z zasięgiem 400 km, nowoczesnym ekranem, 8-letnią gwarancją na baterię… i ceną niższą o 20-30 tys. zł od europejskiej konkurencji. I dla tysięcy Polaków w 2025 roku to nie była fantazja, a rzeczywistość, dzięki chińskim markom takim jak BYD, MG czy Chery. Efekt? Polski rynek aut elektrycznych eksplodował jak nigdy. Ale za tą falą kryje się coraz bardziej widoczny problem: czy stacje ładowania nadążą za tysiącami nowych „elektryków” na drogach?
Rekordowy 2025: chińskie auta napędziły boom
Rok 2025 był absolutnie historyczny. Według oficjalnego Licznika Elektromobilności (PZPM + PSNM), na koniec grudnia po polskich drogach jeździło już 132 775 samochodów całkowicie elektrycznych (BEV – czyli aut jeżdżących wyłącznie na prądzie, bez żadnego silnika spalinowego). To o 52 749 sztuk więcej niż rok wcześniej i wzrost o 118 proc.! Udział nowych BEV w całym rynku nowych samochodów przekroczył 7 proc., a w grudniu (najlepszym miesiącu w historii) z salonów wyjechało prawie 7700 „elektryków”.
Co napędziło ten skok? Chińczycy. Marki z Państwa Środka – na czele z BYD – zaoferowały auta, które wreszcie były jednocześnie tanie, dobrze wyposażone i o przyzwoitym zasięgu. W grudniu 2025 chińskie marki odpowiadały już za 14,5 proc. wszystkich nowych rejestracji osobowych aut w Polsce. BYD w 2025 sprzedał w naszym kraju ponad 6800 aut (w tym tysiące czystych elektryków) i zapowiada podwojenie wyniku w 2026. Kierowcy wreszcie dostali to, na co czekali: jakość na poziomie europejskim, ale w cenie, która nie przyprawia o ból głowy.
Początek 2026 potwierdził trend, choć po wyczerpaniu budżetu dopłat „NaszEauto” tempo nieco spadło. Na koniec marca 2026 flota BEV sięgnęła już 143 689 sztuk, to o 11 439 więcej niż w I kwartale 2025 (+59 proc.).
Ładowarki rosną w rekordowym tempie… ale czy wystarczająco szybko?
Równolegle z autami rozwija się infrastruktura. Na koniec 2025 roku w Polsce działało 11 762 ogólnodostępnych punktów ładowania – o 36 proc. więcej niż rok wcześniej. Co ważne: po raz pierwszy w historii operatorzy postawili więcej szybkich ładowarek prądu stałego (DC) niż wolnych (AC). Szybkie DC to te, które w 20–40 minut naładują auto do 80 proc. – jak takie „nieco” dłuższe tankowanie na stacji benzynowej, ale nadal to nie kilka godzin, jak przy wolnych ładowarkach. Ich liczba sięgnęła 4399 (wzrost o 65 proc.). Moc całej sieci prawie się podwoiła – z 407 MW do 770 MW.
Do marca 2026 roku było już 12 543 punktów, z czego prawie połowa (5980) to szybkie DC. Operatorzy tacy jak GreenWay, Powerdot czy Orlen Charge inwestują setki milionów i budują całe „huby” – wielostanowiskowe stacje z kilkoma ultraszybkimi ładowarkami naraz. Wszystko na papierze brzmi świetnie, a nawet imponująco, ale rzeczywistość jest bardziej skomplikowana i tu zaczynają się schody.
Kluczowy wskaźnik: ile aut na jedną ładowarkę?
Najlepszym miernikiem tego, czy infrastruktura nadąża, jest prosty stosunek: ile samochodów elektrycznych przypada na jeden publiczny punkt ładowania.
- Koniec 2024: około 9-10 aut na punkt.
- Koniec 2025: już około 11 aut na punkt (przy 132 tys. BEV i 11,7 tys. ładowarek).
- Marzec 2026: około 11,5 auta na punkt.
Dramatu jeszcze nie ma – w niektórych krajach UE jest gorzej – ale trend jest niepokojący: auta przybywają szybciej niż ładowarki. Choć większość kierowców ładuje w domu lub w pracy, to jednak publiczne stacje są kluczowe dla większych miast – mieszkańców bloków, flot firmowych i tras międzymiastowych. Kiedy na popularnej stacji w godzinach szczytu stoi 12 aut, a ładowarek jest 10… robi się kolejka.
Gdzie już się „zakorkowuje” i gdzie będzie najgorzej
Problemy nie są jeszcze powszechne, ale widać je coraz wyraźniej w konkretnych miejscach:
- Duże miasta (Warszawa, Kraków, Trójmiasto, Wrocław, Poznań): tu najwięcej aut i najwięcej mieszkańców bez garażu. Wieczorny szczyt pod blokami i w centrach handlowych może powodować frustrujące czekanie. Wolne ładowarki AC (te na kilka godzin) są tu szczególnie potrzebne, a ich przyrost jest wolniejszy niż DC na trasach.
- Główne autostrady i drogi ekspresowe (A1, A2, S7, S8): w wakacje i długie weekendy huby przy MOP-ach mogą się wypełniać. Na wschód od Wisły infrastruktura jest wyraźnie słabsza.
- Korytarze transportowe i ciężarówki (sieci TEN-T): tu Polska ma największe zaległości. Dla osobówek i dostawczaków spełniamy unijne wymogi z nawiązką (230 proc. wymaganej mocy). Ale dla ciężarówek elektrycznych (eHDV) – prawie zero. Przy rosnących flotach dostawczych i planach elektryfikacji transportu ciężkiego korki na trasach tranzytowych mogą pojawić się już w 2026–2027.
- Prowincja i wschód kraju: tu ładowarek jest po prostu za mało i może to hamować dalszą adopcję aut elektrycznych.
Dodatkowe ryzyko? Ograniczenia przyłączeniowe sieci energetycznych – budowa nowej mocy >150 kW trwa czasem 12-18 miesięcy.
AC/DC nie gra dla każdego…
Różnica w cenie między ładowarką DC (szybką) a AC (wolną lub półszybką) jest gigantyczna i sięga nawet 10-20-krotności, a z pełną instalacją i przyłączem energetycznym jeszcze więcej – to jeden z głównych powodów, dlaczego w Polsce tak szybko przybywa ultraszybkich stacji na autostradach, ale wolniej zwykłych ładowarek w osiedlach i miastach.
Domowy wallbox AC o mocy 11–22 kW kosztuje zaledwie 2500–10 000 zł za sprzęt plus 500–10 000 zł za montaż (całość najczęściej 4000–8000 zł), bo konwersja prądu odbywa się w aucie i urządzenie jest proste. Publiczna ładowarka DC 50–150 kW to już minimum 120 000–180 000 zł za sam sprzęt (ultraszybkie nawet 200–300 tys. zł), a z fundamentami, kablami, transformatorami i przyłączem średniego napięcia całkowity koszt jednej stacji łatwo przekracza 200–500 tys. zł.
Dlatego operatorzy stawiają na drogie DC tam, gdzie jest największy zysk (trasy długie, huby przy MOP-ach), a tańsze AC rozwijają wolniej – choć to właśnie one są kluczowe dla codziennego ładowania mieszkańców bloków i flot firmowych. W praktyce oznacza to, że „na szybko” na trasie płacimy drożej za infrastrukturę, ale w domu elektryk jest naprawdę tani i dostępny.
Chiński boom to szansa, ale bez rozwoju infrastruktury może się udławić
Tak nagły wzrost sprzedaży w 2025 roku był w dużej mierze zasługą bardzo atrakcyjnych chińskich aut. Dały one Polakom dostęp do elektromobilności na masową skalę. Polska awansowała w europejskich rankingach, a rynek w końcu ruszył z miejsca.
Jednak sukces sprzedaży nie idzie w parze z infrastrukturą w 100 proc. Wskaźnik aut na ładowarkę rośnie, a prognozy na 2026 mówią o spowolnieniu tempa budowy (do 13,5–14 tys. punktów). Jeśli w 2027 sprzedaż odbije (a wiele na to wskazuje), lokalne „korki” na stacjach staną się codziennością – najpierw w miastach i na popularnych trasach, potem szerzej.
Nieprędko jednak zobaczymy gigantyczne, a przecież konieczne, inwestycje w ładowarki DC w większych miastach, które groszem nie pachną, a budżet centralny, który mógłby pomóc bardziej i tak napięty jest tak, że prędzej zobaczymy „efekt jojo” niż kolejne, duże inwestycje. A zatem, mamy tu impas.
To nie koniec elektromobilności w Polsce, ale jest to jednak pewien moment prawdy. Operatorzy inwestują rekordowo, Unia naciska przez regulację AFIR, a chińskie auta ciągną popyt. Kluczem będzie teraz nie tylko liczba ładowarek, ale ich inteligentne rozmieszczenie: więcej AC w osiedlach, więcej ultraszybkich hubów na autostradach i realne wsparcie dla ciężarówek. A ponad wszystko, priorytetem powinien być rozwój dostępności ładowarek DC w dużych miastach, inaczej w 2027 zobaczymy obrazki rodem z kolejek na CPN w PRL.
Jeśli nie podejmie się tu konkretnych działań już teraz ryzykujemy, że „zielona mobilność” zrobi STOP i tysiące kierowców, którzy właśnie uwierzyli w elektryka, zacznie żałować swojej decyzji, a wtedy cały ten boom może nie zrobi wielkiego „bum”, ale za to bardzo spowolni. W takich warunkach może bowiem okazać się, że poza kołem zapasowym i gaśnicą obowiązkowym wyposażeniem w elektromobilności stanie się mobilny, spalinowy agregat, a chyba nie o to chodzi.






