BiznesArtykuł z magazynu ITwizPolecane tematy

Żyjemy w świecie przebodźcowanym cyfrowym przekazem

Dr Joanna Jurga, jest wykładowczynią na School of Form Uniwersytetu SWPS oraz badaczką w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego. Specjalizuje się w projektowaniu przestrzeni do życia w izolacji, zajmuje się poczuciem bezpieczeństwa, bada działanie ludzkich zmysłów, tworzy rozwiązania dla przebodźcowanych użytkowników, a także jest autorką książki „Szałas na hałas”. Z dr Jurga rozmawiamy o tym, czy jesteśmy w stanie żyć w metaverse; jak radzić sobie w dzisiejszym, przebodźcowanym świecie; jak dbać o równowagę w korzystaniu ze wszystkich zmysłów; równowadze między światem realnym a wirtualnym; a także wpływie technologii na człowieka i współczesne społeczeństwo.

Żyjemy w świecie przebodźcowanym cyfrowym przekazem

NIE JESTEŚMY GOTOWI NA METAVERSE

Nie chciałem od tego zaczynać, ale – pamiętając Twoją ostatnią wypowiedź, że „na ‘metę’ nie jesteśmy gotowi sensorycznie, nie zachowamy zdrowia psychicznego ograniczając się do wzroku i słuchu” – jednak zapytam. Dlaczego nie będziemy żyć w Metaverse?

Niedawno brałam udział w programie Accenture Review dostępnym na You Tubie o metaverse. Przyznam, że mieliśmy dużo problemów z tym, aby mówić o nim pozytywnie. Jestem przerażona, że zapominamy o tym, iż jako ludzie jesteśmy analogowi, wielozmysłowi. O metaverse – jakikolwiek będzie to universe, bo wiadomo, że Chiny będą miały własny – wiemy na razie tyle, że ma to być jakaś proteza rzeczywistości.

Z drugiej strony coraz gorzej radzimy sobie w tej rzeczywistości. Jeśli więc zastosujemy do tego wspomnianą protezę – jaką będzie metaverse – to raczej nie widzę dużych szans na to, że wyjdziemy z tego cało jako społeczeństwo. Szczególnie myślę o najmłodszym pokoleniu, które ma dużą łatwość wchodzenia w świat wirtualny i coraz większą trudność w działaniu w świecie analogowym. Tymczasem Marc Zuckerberg mówi w skrócie, „jeżeli nie radzisz sobie w świecie rzeczywistym, to wskocz do metaverse…

Z jednej strony widzę pokolenie Millenialsów i Zetek, właściwie już dorosłych osób, którzy siedzą w social mediach, „swipują” Facebooka, Instagrama, TikToka czy Tindera, którego użytkownicy – wg DatingZest – robią to podobno 1,6 mld razy dziennie. Ale widzę też młodsze pokolenie, które co prawda gra i ogląda Youtube, ale też nienawidzi zdalnej szkoły… Albo są jeszcze za młodzi na social media, albo…

…albo trochę inaczej będą korzystać z tych mediów? Mam dwie obserwacje na ten temat. Jedna jest związana z pracą ze studentami na School of Form na Wydziale Projektowania na Uniwersytecie SWPS. Prowadzimy tam m.in. – jako jedyni w Polsce – zajęcia z wykorzystania w pracy robotów przemysłowych. Przez jakiś czas był na to „hype”. Młodzież chciała się uczyć, jak wykorzystywać w przyszłej pracy ramiona robotyczne.

Kiedy jednak przyszła pandemia, nagle okazało się, że wszyscy chcą uczyć się ceramiki, pracować z drewnem, tkać. Okazało się, że są zmęczeni zdalnymi zajęciami i tym, że posadziliśmy ich – nie dając im de facto wyjścia – przed ekranami. Jakby dla przeciwwagi, chcieli robić rzeczy własnymi rękoma, widzieć ich efekt. Dokonaliśmy zwrotu o 180 stopni ze specjalizacji mocno technologicznych, na rzemiosło i powrót do tradycji.

Upatruję w tym nadzieję, że ciało samo upomni się o swoje. Jeżeli wypchniemy wahadło za bardzo w jedną stronę – a ostatnie 2 lata zdecydowanie takie były – to dla równowagi zaczniemy szukać rozwiązań, które zbliżają nas do zaspokajania naszych naturalnych potrzeb.

Metaverse nadaje się do wymiany wiedzy, wsparcia pracy rozrzuconych po całym świecie zespołów. W tym widzę szansę na zastosowanie tej koncepcji. Szczególnie, że odchodzą liderzy i mentorzy starej daty. Można więc sobie wyobrazić, że przenosimy ich wiedzę „do chmury”, a kolejnym pokoleniom przekazują ją ich awatary. Jednak koncepcja taka, jaką przedstawił Marc Zuckerberg jest nie do przyjęcia. Idea ta działa destrukcyjnie na społeczeństwo.

Kwestią, z którą zderzyliśmy się wszyscy – poza skrajnymi introwertykami – jest fakt, że utrzymywanie rozproszonych zespołów i praca zdalna fascynująca jest może przez pierwsze 3 miesiące. Ponownie odkrywamy jak wygląda nasza „chata”, zaczynamy pielęgnować kwiaty, mamy czas na spacer z psem… Ostatecznie jednak funkcjonowanie w takim trybie jest bardzo odspołeczne, a nie dospołeczne.

Jest to bardzo trudne szczególnie gdy, zespoły się rozrastają i konieczne jest utrzymanie ich uwagi. Tymczasem dokonanie tego przed ekranem jest awykonalne. Szczególnie, że widzimy tylko gadającą głowę, a nie odbieramy innych bodźców, jak zapach czy gestykulacja. Nie widzimy, że ktoś ma tik nerwowy. Podczas wideorozmowy lider nie jest w stanie łatwo wyłapać, że ma do czynienia z trudną sytuacją. Jesteś przekonany, że wszystko jest OK, gdy de facto tak nie jest.

Oczywiście wspaniale brzmi idea workation, czyli pracy zdalnej np. z plaży na Bali. Kto by nie chciał? Ale nadal – jeżeli chcemy robić rzeczy, które mają wpływ na to, jak funkcjonujemy i gdzie jesteśmy – musimy się spotykać.

Czy to też bariera rozwoju potencjalnych zastosowań metaverse? Część firm wykorzystuje już go np. do onboardingu pracowników…

Wykorzystanie go w pracy to potencjalne, ale raczej niszowe zastosowania metaverse. Z dr n. med. Tomaszem Maciejewskim, Dyrektorem Instytutu Matki i Dziecka rozmawiałam o ciekawym jego zastosowaniu do wirtualnych spotkań międzynarodowych zespołów lekarzy. Mogą one dotyczyć występowania przypadków bardzo rzadkich chorób. Nie ściągniemy na godzinną konsultację specjalisty np. ze szpitala w Oakland. Możemy za to spotkać się z nim w metaverse. On tam nie tylko opowie na wszystkie pytania, ale też „na żywo” pokaże jak należy postępować. Przeprowadzi symulację operacji w 3D.

Metaverse nadaje się więc do kwestii szkoleniowych, wymiany wiedzy, wsparcia pracy rozrzuconych po całym świecie zespołów. W tym widzę szansę na zastosowanie tej koncepcji. Szczególnie, że odchodzą liderzy i mentorzy starej daty. Można więc sobie wyobrazić, że przenosimy ich wiedzę „do chmury”, a kolejnym pokoleniom przekazują ją ich awatary. Jednak koncepcja taka, jaką przedstawił Marc Zuckerberg jest nie do przyjęcia. Idea ta bowiem działa destrukcyjnie na społeczeństwo.

Pokazuje to opis – znanego w Japonii już od lat 90-tych XX wieku – zaburzenia „shakaiteki hikikomori”, czyli społecznego wycofania. Dotknęło ono właśnie głównie nastolatków i dwudziestoparolatków. Osoba cierpiąca na to zaburzenie odcina się od rodziny i społeczeństwa, rzuca szkołę, pracę, zrywa kontakt ze znajomymi. Jedyny kontakt można nawiązać z nią przez internet, choć i to nie jest zawsze możliwe. Wiemy więc z doświadczeń ostatnich 30 lat jak może skończyć się przejście do metaverse, gdy nie potrafimy radzić sobie z rzeczywistością.

Potrzebowaliśmy tysięcy lat, aby nauczyć się wielu rzeczy, tymczasem Internet mamy zaledwie od lat 30. Tempo, w jakim zmienia się dziś technologia, jest tak szybkie, że po prostu nie jesteśmy gotowi na te zmiany, na pełne ich przyjęcie jako organizmy wielozmysłowe, wielowymiarowe.

ŻYJEMY W PRZEBODŹCOWANYM ŚWIECIE

Nie jesteśmy gotowi na metaverse głównie przez wielozmysłowość?

Tak, choć branża porno oczywiście usilnie pracuje nad tym, aby powstały kombinezony w pełni sensoryczne, abyśmy mogli na odległość doświadczać wrażeń pochodzących ze wszystkich zmysłów. Jednak po pierwsze jest to nadal jedynie „pieśń przyszłości”. Po drugie zaś, czy naprawdę chcemy doświadczać tych rzeczy przez Internet, a nie w „prawdziwym życiu”? Choć są już kraje, w których odbywają się symboliczne śluby z robotami. W 2017 roku pewien chiński inżynier zbudował i symbolicznie ożenił się ze stworzonym przez siebie robotem, co od razu nasuwa pytanie czy decyzja o takim związku nie była spowodowana brakiem umiejętności budowania relacji w realnym świecie i z żywymi ludźmi.

Cała koncepcja świata, którą znaliśmy, obróciła się w pył. Tylko nie wszyscy sobie z tego jeszcze zdali sprawę. Dziś młodzież buduje różne osobowości w Internecie. To nawet nie musi być awatar w Meta. Już 15 polubień na Instagramie tworzy alternatywną wersję nas samych. Wszystko to powoduje, że dziś idea poszukiwania siebie jest już na zupełnie innych płaszczyznach.

Mówi się, że do roku 2050 śluby z androidami będą faktycznie możliwe. Jednak, czy to jest kierunek, który chcemy obrać? Na przestrzeni tysiącleci ludzie mieli różne fantazje i perwersje. Jeżeli to jest kolejna, to OK. Ale wiedząc jak jest zbudowany jest nasz system nerwowy, jaką rolę odgrywają emocje, oraz czego potrzebujemy by funkcjonować i tworzyć zdrowe społeczności, to jest to raczej ślepy zaułek, zwiastujący koniec lub głęboką transformację naszego gatunku.

Czyli technologia ma raczej negatywny wpływ na nas?

Boję się, że zmiany wywoływane przez nowe technologie – dostęp do nich i tempo w jakim wprowadzamy je do codziennego użytku – spowodują jeszcze większą klasowość społeczeństw. A ta coraz bardziej się powiększa. Właściwie na całym świecie „wymiera” – uprzywilejowana dotąd – klasa średnia.

Może się okazać, że docelowo będziemy mieli świat ludzi bardzo uprzywilejowanych, z dostępem do słońca, czystego powietrza, zdrowej żywności, ale też np. zakazem korzystania z technologii do 12 roku życia, bo – jak wiadomo – wpływa ona niekorzystnie na rozwój mózgu u dzieci.

Z drugiej strony będziemy mieli całą resztę świata, mniej lub bardziej uzależnioną od technologii. Zupełnie, jak w jednym z odcinków Black Mirror, w którym – aby zarobić na prąd – trzeba było przez określony czas jeździć na rowerze, oglądając jednocześnie reklamy.

Wizja ta nie jest wcale taka niemożliwa – istnieją już przecież farmy testerów tego typu technologii. Za tymi rozwiązaniami stoją sztaby psychologów i neurobiologów, którzy projektują je w taki sposób, abyśmy chcieli zanurzać się w wirtualne światy. I dobrze, jeśli ma to służyć nauce.

Rozmawiałam np. z osobą, która tworzy metaversową wersję podróży na Marsa. Dzięki temu możemy zmierzyć się z 7-miesięczną drogą na czerwoną planetę. W szkoleniach, w symulatorach już używamy Virtual Reality. Jeśli jednak miałoby to służyć czemukolwiek innemu, to nie wiem, czy gra jest warta świeczki.

Chiny, mimo iż są najbardziej „technologiczną” gospodarką, idą chyba w drugim kierunku? Ograniczają np. dzieciom czas spędzany przed komputerem…

To prawda, ale jak spojrzysz na najbardziej luksusowe szkoły w USA, to tam – do 12 roku życia – uczniowie nie tylko w ograniczonym zakresie, ale w ogóle nie mają dostępu do komputerów i smartfonów.

Pamiętam świetną książkę „Homo Hapticus” Martina Grunwalda o zmyśle dotyku. Jest w niej zapis rozmowa ze znajomymi, którzy chwalą się, że ich 3-letnie dziecko potrafi już posługiwać się tabletem. Na co autor odpowiada: „świetnie, szympansy też sobie z tym dobrze radzą”. W naszym rozwoju, na wczesnym jego etapie, ważniejsze od nabycia umiejętności przesuwania obiektów płaskich jest budowanie relacji oko-ręka.

Widzimy to po studentach, którzy są pierwszym pokoleniem wychowanym w świecie Internetu. W ich przypadku umiejętności manualne zanikają, jeżeli nie były kształcone przez rodziców od dziecka. Tymczasem często tak jest, bo rodzice Ci często nie mieli czasu, aby zajmować się dziećmi, więc dawali im tablet. Choć trzeba podkreślić, że nie mieli też dostępu do najnowszych informacji na temat szkodliwości korzystania z elektroniki i ich konsekwencji. Nie zrzucałabym więc całej odpowiedzialności na „złych” rodziców.

MANUALNE UMIEJĘTNOŚCI SĄ RÓWNIE WAŻNE TERAZ JAK I 1000 LAT TEMU

Jak to wygląda na School of Form na Uniwersytecie SWPS?

Czasem śmiejemy się na stolarni, ślusarni – w miejscach, gdzie są maszyny, z którymi studenci nie mają obeznania – krew będzie lała się gęsto. Tymczasem my, w szkole podstawowej na ZPT robiliśmy radia, domki dla ptaków… często uderzając się w palec młotkiem. Tam trenowaliśmy relację oko-ręka.

Nowoczesne technologie dają narzędzia do kontroli. Jednocześnie nie uczą, jak mądrze ich używać. Mamy więc złudne poczucie kontroli, która w żaden sposób nie przekłada się na rzeczywistość. Najczęściej wykorzystujemy technologie w sposób, w jaki firmy, które je zaprojektowały i wyprodukowały, chcą abyśmy to robili. Często opierają się na najbardziej pierwotnych instynktach, np. lęku o dzieci.

Umiejętność wynikająca z obcowania z przestrzenią i ostrymi narzędziami jest zupełnie inna, jeżeli kształtowało się ja grając w Minecraft, a zupełnie inna, gdy brało się w rękę deskę, gwoździe i młotek. W tej drugiej sytuacji bolało nas co innego niż kręgosłup od długiego siedzenia przed komputerem. Moje noce, spędzane na studiach w modelarni, często kończyły się rękoma w plastrach, a nożyk Olfa słynie z tego, że przetnie wszystko, a najlepiej skórę na palcu. W tej chwili można to samo zrobić na drukarce 3D, co też zmniejsza liczbę zacięć (śmiech).

Myślę, że jest nam bardzo potrzebny powrót do tego, aby robić rzeczy manualnie. Jeśli spojrzymy na to ile osób, w czasie lub przez pandemię, wróciło do majsterkowania, zaczęło „grzebać” w samochodach, wypiekać własny chleb, kisić różne warzywa, czy robić na szydełku, to myślę, że gdzieś głęboko ten „pierwotny” pierwiastek w sobie mamy…

A kiedy zaczęliśmy to już robić, to większość z nas przy tym nowym hobby została. Stwierdziła, że ich to relaksuje w przebodźcowanym świecie. Jest to dla nas dużo korzystniejsze niż siadanie przed ekranem i oglądanie filmu na jednym z serwisów streamingowych – szczególnie po całym dniu pracy przy komputerze. Choć większość rodzin ten ekran jednak wybiera.

KONIECZNOŚĆ RÓWNOWAGI MIĘDZY ŻYCIEM ONLINE I W REALU

Co powinniśmy robić?

Po pierwsze, powinniśmy zdać sobie sprawę, że nie jesteśmy cyborgami i nie będziemy nimi lada moment. Choć ostatnio przeczytana przeze mnie książka „Mimowolne Cyborgi” Łukasza Kamińskiego o armii przyszłości i tym, jak różne implanty będą poszerzać nasze możliwości przetrwania dowodzi, że w pewnych obszarach już się nimi stajemy.

Ale trzeba też pamiętać, że: po pierwsze „analogowa” edukacja jest absolutnie konieczna, a wprowadzanie technologii powinno następować w jak najpóźniejszym wieku. Nie jestem przeciwko żadnej rzeczy tak bardzo, jak przeciwko edukacji online. Dotyczy to zwłaszcza bardzo wczesnego etapu – przedszkola i szkoły podstawowej. Dzieciaki potrzebują wspólnoty, relacji społecznych zabawy.

Domy rodzinne mamy różne. Nie wybieramy ich. Natomiast państwo powinno nam zaoferować dostęp do edukacji, która jest rozwojowa, demokratyczna, otwarta, równościowa, dopasowana do potrzeb różnych grup społecznych. Moglibyśmy wymieniać bardzo długo jak powinna wyglądać edukacja, ale z pewnością nie jest to pruski, dyktaturowy system nauczania, w którym obecnie funkcjonujemy. Oczywiście o ile nie jesteśmy uprzywilejowaną jednostką, których rodziców stać na edukację prywatną.

Wracając do Twojego pytania. Po pierwsze powinniśmy powrócić do natury. Choć często słyszę od ludzi, że oni się tej natury boją. Jakbyś spytał znajomych, ilu z nich jest w stanie przespać noc w namiocie, w lesie, to okaże się, że większość niekoniecznie jest tym pomysłem zachwycona. Wychowałeś się na zewnątrz, to wiesz, że żaden owad cię „nie zje”. Ale dla bardzo wielu ludzi dziś ten owad jest zagrożeniem, bo nie znają znaczenia jego bzyczenia, a kultura “sprzedała” nam lęk, że potencjalnie może on przenieść jakąś chorobę.

Pobyt na łonie natury, spacery, patrzenie w dal – wówczas najlepiej odpoczywają nasze oczy – usłyszenie tego, co się dzieje na zewnątrz i wewnątrz, to najlepsze co możemy zrobić dla swojego ciała i zdrowia psychicznego. Aby utrzymać homeostazę potrzebujemy regularnie odpoczywać od betonowych dżungli, w których żyjemy.

Po drugie zaś, i powtarzają to wszyscy, mądrzy ludzie, powinniśmy zacząć normalnie spać. Nie zaś udowadniać sobie, że – niczym Elon Musk – będziemy spać 3 godziny na dobę. Wystarczy, że będziemy „podłączeni do super ładowania” i to załatwi sprawę. Tymczasem jak się wyśpimy to i hormony trochę nam się wyregulują. Będziemy mniej zrzędliwi i szybciej połączymy kropki. Sen jest ważny. Oddychanie jest ważne. To, co jemy jest ważne.

Dobrze by nam zrobił detoks dopaminowy, bo to, że jedziemy na psychotropach, czy pijemy wieczorem, aby zasnąć, bierze się stąd, że mamy za dużo bodźców i – wszyscy to mówią – niczego bardziej nie boimy się, niż ciszy. Wyjęcie „wtyczki” kojarzy nam się z rezygnacją z życia. Stąd „epidemia” FOMO.

Żyjemy w świecie gdzie za pomocą naszego smartfona – który ma większą pamięć operacyjną niż Saturn 5, który poleciał na księżyc w 1969 roku – można uzyskać dostęp do dowolnej biblioteki na świecie, przeczytać najnowsze badania naukowe nie wychodząc z domu. Tymczasem większość z nas woli TikToka, YouTube’a, czy jakiekolwiek medium społecznościowe.

Nigdy wcześniej nie mieliśmy dostępu do takiej wiedzy. Nigdy nie żyliśmy tak długo, w tak bezpiecznym świecie, oczywiście pamiętając, co się dzieje w niektórych krajach. Jednocześnie nigdy wcześniej nie robiliśmy tak idiotycznych rzeczy. Jak się chodzi po co-worku, to historia o oglądaniu „filmików o śmiesznych kotkach” okazuje się nie być wcale zmyślona…

Jestem straszną blacharą i bardzo kocham samochody. W starych, jak zobaczysz instrukcję obsługi, to było napisane, jak wymienić chłodnicę. W nowych jest o tym, aby nie pić płynu do chłodnicy. Mam wrażenie, że w wielu miejscach zrobiono z nas idiotów.

NOWY, CYFROWY ŚWIAT

A jak wygląda praca w nowoczesnych biurach z pokojami do drzemki czy medytacji?

Z jednej strony mamy dziś w nich strefy absolutnie do wszystkiego. Z drugiej jeszcze nigdy nie byliśmy tak pogubieni w świecie, w którym przyszło nam żyć. Po swoich wystąpieniach często rozmawiam z ludźmi, i wielu z nich skarży się, że w ogóle nie potrafi złapać kontaktu z własnymi dziećmi, zwłaszcza nastoletnimi. Bo rodzice co prawda „skumali weganizm”, w końcu ratujemy planetę. Jednak jak słyszą od dziecka, że jest niebinarne, to tego już nie rozumieją.

Cała koncepcja świata, którą znaliśmy, obróciła się w pył. Tylko nie wszyscy sobie z tego jeszcze zdali sprawę. Dziś młodzież buduje różne osobowości w Internecie. To nawet nie musi być awatar w Meta. Już 15 polubień na Instagramie tworzy alternatywną wersję nas samych. Wszystko to powoduje, że dziś idea poszukiwania siebie jest już na zupełnie innych płaszczyznach.

Kiedyś, gdy wychowywaliśmy się na podwórkach, to co prawda mogliśmy dostać za niewinność, albo koledzy mogli „spuścić” Ci głowę w kiblu. Jednak było to doświadczenie bardzo empiryczne (śmiech), bardzo realne, ale też w pewien sposób hartowało ducha.

W tym momencie te rzeczy dzieją się w jakieś alternatywnej, cyfrowej rzeczywistości. Niemniej nadal bezpośrednio przekładają się na to, co dzieciaki czują. Jednocześnie nie potrafią o tym mówić. Są pogubione. Pierwszy raz w historii mamy sytuację, w której dzieciaki bardzo otwarcie – między sobą – szukają tożsamości w sposób kulturowo niezrozumiały dla starszych pokoleń.

A jeszcze gdzieś dociera do nich świadomość, że świat się kończy. Nie będą mieli tak dobrze, jak ich rodzice. Z wieloma studentami rozmawiam o depresji klimatycznej, która dla wielu moich, starszych znajomych jest jakimś „absurdem”. Ale ja się studentom nie dziwię. Oni nie będą żyć w cudownym świecie.

W przyszłości nie będziemy rozmawiali o 5 mln uchodźców z Ukrainy, którzy trafili do Unii Europejskiej, tylko o 1 mld ludzi przemieszczających się na północ, bo tam gdzie żyli żyć się już nie da. Większość ludzi – szczególnie w kraju takim, jak Polska, które nie zderzyły się z dużymi migracjami – w ogóle nie ma pojęcia o skali kryzysu, która się zbliża.

Ale chyba odpłynęliśmy za daleko od pierwotnego tematu…

WPŁYW TECHNOLOGII NA CZŁOWIEKA

Wróćmy wobec tego do tego, w jaki sposób technologia na nas wpływa? Zmniejsza, czy zwiększa nasze poczucie bezpieczeństwa?

W większości wypadków zmniejsza. Podam ciekawy przykład z książki „Mimowolne cyborgi”. Pierwszy, przenośny translator dźwięku był stworzony na jedną z kolejnych misji w Afganistanie. Przestano wówczas wynajmować lokalnych tłumaczy, którzy budzili zaufanie wśród miejscowych. Zaczęto zaś używać nadajników na brzuchu, które tłumaczyły w czasie rzeczywistym. W efekcie, praktycznie do zera, spadło zaufanie do żołnierzy. Nagle stawali się „brzuchomówcami”. Komunikowali się przez technologię, której miejscowi nie rozumieli. W dodatku z tego urządzenia wydobywał się dziwny, nienaturalny głos. Żadna z kultur, które są mniej rozwinięte niż świat zachodni, nie zaufa takiemu wynalazkowi. Gdy czegoś nie rozumiemy, to odrzucamy to.

Pamiętam też rozmowę z serdeczną przyjaciółka, która posłała dziecko do przedszkola, w którym wszędzie są kamery. Dawało to jej poczucie bezpieczeństwa. Zapytałam ją, czy pamięta, że gdy my chodziliśmy do przedszkola i żłobka to kamer nie było, a mimo to nasi rodzice jakoś to przeżyli? Potem pytam, czy chciałaby, aby ją ktoś stale obserwował w pracy, sprawdzał czy wypełnia obowiązki? Uważam, że to jakiś absurd. Choć też trzeba pamiętać, że jesteśmy krajem o najniższym zaufaniu społecznym w Europie…

Co więc dają nam nowoczesne technologie?

Dają narzędzia do kontroli. Jednocześnie nie uczą, jak mądrze ich używać. Mamy więc złudne poczucie kontroli, która w żaden sposób nie przekłada się na rzeczywistość. Najczęściej wykorzystujemy technologie w sposób, w jaki firmy, które je zaprojektowały i wyprodukowały, chcą abyśmy to robili. Często opierają się na najbardziej pierwotnych instynktach, np. lęku o dzieci.

Technologie w wielu miejscach bardzo ułatwiły nam życie. To jest absolutnie niepodważalne, spójrzmy choćby na współczesne szpitale. Prawdopodobnie też nowoczesne technologie ocalą ludzkość. Ale nie nauczyliśmy się z nich korzystać. Mieliśmy na to za mało czasu. W dużym stopniu nie wykorzystujemy możliwości, które – dzięki technologiom – otrzymaliśmy.

Najwięcej korzystają na tym koncerny, które zarabiają pieniądze na naszych lękach…

…i przyzwyczajeniach do otrzymywania nieustających bodźców.

I to jest bardzo ciekawe. Dobrze by nam zrobił detoks dopaminowy, bo to, że jedziemy na psychotropach, czy pijemy wieczorem, aby zasnąć, bierze się stąd, że mamy za dużo bodźców i – wszyscy to mówią – niczego bardziej nie boimy się, niż ciszy. Wyjęcie „wtyczki” kojarzy nam się z rezygnacją z życia. Stąd „epidemia” FOMO – lęku przed pominięciem – związana z tym, że nie jesteśmy w stanie być wszędzie. Nie mamy bi- czy tri-lokacji. Wiele BigTechów po prostu żeruje na najniższych instynktach.

Z drugiej strony technologie są cudowne w momentach, kiedy łączą ludzi. Teraz przygotowuję się do kolejnego cyklu podcastu. Widzę, jak powstają rękawice do tłumaczenia języka migowego. Jakie piękne są rozwiązania dla ludzi z niepełnosprawnościami. Jak cudowne tworzymy np. bioprotezy.

Ale czy to samo można powiedzieć o koncepcji „gdy nie radzisz sobie w realnym świecie, to wejdź do metaverse”? Widziałeś jaką odpowiedź na wizję Marka Zuckerberga zrobiła Islandia?

Nie.

Wyciągnęli jakiegoś, ostro „odpiętego” nerda, a on spokojnym angielskim opowiada: „Here in Iceland we have water. Water is wet. You can touch it. It’s real. Sometimes you will feel cold. It’s good. Cold is good for your health.”. To jest majstersztyk.

Spot jest o tym, że – abyśmy mogli funkcjonować – musimy odbierać wszystkie te bodźce. A najważniejszy dla człowieka jest zmysł dotyku. To jedyny zmysł, bez którego nie jesteśmy w stanie funkcjonować. Bez niego nie wiemy np., że robimy sobie krzywdę.

Wzrok nas uzależnia. Bodźców tego typu też dostajemy coraz więcej. Bez wzroku potrafimy sobie świetnie radzić, ale już nie gdy odbierzemy haptykę. Pandemia pokazała, że gdy przenieśliśmy się do Internetu, to wzrosła liczba zaburzeń autoimmunologicznych spowodowanych brakiem dotyku. Liczba stanów lękowych była gigantyczna. Nic nie robi tak dobrze, jak człowiek, który cię przytuli. Jak jest Ci źle, chcesz się przytulić do kogoś bliskiego, niezależnie czy masz lat 3, czy 93.

KONIECZNE JEST ODCIĘCIE SIĘ, CHOĆ NA CHWILĘ, OD TECHNOLOGII

Jak często powinniśmy odcinać się od wszystkich bodźców, aby się zresetować?

To ciekawe pytanie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Matematycznie nie odpowiem. Ale mówi się np. o tym, że na godzinę przed snem powinniśmy odłożyć technologię. Telefony powinny zaś „spać” w innym pokoju niż my, a nie przy naszej głowie. Po to kiedyś wymyślono budziki analogowe. Nadal można z nich korzystać. To jak powrót do starej Nokii bez social mediów.

Na pewno nie powinniśmy być cały czas podłączeni do sieci. To jest oczywiście najtrudniej wytłumaczyć nastolatkom. Z drugiej strony ogromną popularność zyskują wszystkie rodzaje odosobnień, miejsc ciszy, gdzie jest wręcz napisane „Nie mamy Internetu”. Dociera do nich coraz więcej ludzi. Potrzebujesz tego Ty i Twoje ciało. No to trzeba znaleźć czas i przestrzeń.

Wracając do pytania, wydaje mi się, że higienicznie byłoby, gdyby ta godzina dziennie się zadziała. To byłoby już ekstra. Dobrze byłoby też, gdybyśmy wakacje spędzali bez wrzucania „słitfoci” na Instagrama, czy Facebooka. Już to sprawiłoby, że mielibyśmy dużo zdrowsze społeczeństwo. Można by też np. wprowadzić do przedszkola naukę świadomego oddychania do przepony, które jest element radzenia sobie ze stresem.

KOMPETENCJE PRZYSZŁOŚCI

Czego jeszcze powinniśmy uczyć dzieci? Teraz staramy się jak najwcześniej uczyć ich programowania i informatyki, już od 1 klasy podstawówki. Wspomniałaś zaś o najbardziej elitarnych szkołach, które mają do 12 roku życia nie pozwalają na korzystanie z elektroniki.

Przede wszystkim prac manualnych. Przyda się wszystko, co nas otacza, czyli np. klocki, glina, każda rzecz, którą można formować. Ważne są wszystkie zajęcia grupowe, ruch i nauka wspomnianej koordynacji oko-ręka. To są też rzeczy, z którymi dzieciaki mają w tej chwili dość duży problem. Za dużo siedzą.

My w szkołach mieliśmy też pracownie chemiczne, biologiczne. Robiliśmy coś sami i widzieliśmy tego efekt. Jeżeli uczyliśmy się liczyć, to na obiektach, a nie tablicy. Jeżeli więc dziś uczymy przyrody, to dzieciaki powinny coś posadzić i obserwować, jak ta roślina się rozwija.

Powinniśmy wrócić do uczenia bardziej w klimacie Montessori czy waldorfskim, przez doświadczenie, poza ławkami, poza klasami. Nadal uczymy się matematyki, liter, czytania, ale robimy to w grupach, aby nie hodować „bandy indywidualistów”, którzy myślą o tym, że świat jest stworzony dla nich.

Obserwując różne systemy edukacji, jedne z lepszych to te miejsca, w których starsze dzieci uczą młodsze. Masz do czynienia z wymianą wiedzy w ramach plemienia. Jedna z teorii mówi zaś o tym, że do wychowania dziecka nie są potrzebni rodzice, tylko właśnie plemię, które tworzy więzi.

Jestem przekonana, że obsługę tabletów, programowanie i wszystkie tego typu umiejętności dzieciaki szybko nadgonią jako nastolatki, o ile będą nauczone wiązania faktów i pracy zespołowej. Nikt przecież nie zbudował pierwszego komputera samodzielnie, niezależnie od mitu Steva Jobsa. Musimy pokazywać dzieciakom, że trzeba dojść do porozumienia, bo od tego może zależeć przeżycie wspólnoty. Musimy pokazywać dzieciom, że powinny współpracować niezależnie, czy ktoś jest zielony, niebieski, czy fioletowy. Zawsze jesteśmy w stanie dojść do porozumienia.

Yuval Noah Harari pisze w „21 pytaniach na XXI wiek” o czterech K – krytycznym myśleniu, komunikacji, kooperacji i kreatywności…

Uważam, że on ma rację. Jest to lektura, którą wszyscy powinniśmy przeczytać czy przesłuchać, z którą powinniśmy się zderzyć. Pokazuje, gdzie jesteśmy jako gatunek.

ŻYCIE W IZOLACJI, KOSMOSIE, NA MARSIE

Projektujesz miejsca izolacji. My często w ciągu dwóch lat pandemii musieliśmy żyć w izolacji. Czy można je sobie jakoś lepiej zorganizować?

Dokładnie to zajmuję się tzw. lokacjami skrajnymi. Uważam, że jeżeli będę w stanie polepszyć jakość życia na biegunie, czy w kosmosie – i znajdę ku temu wytyczne sensoryczne – to będę w stanie także pomagać ludziom na szerszą skalę. Jeżeli coś sprawdza się w warunkach ekstremalnych, to powinno też działać gdzie indziej. Potem przyszła pandemia i zamknęli nas wszystkich. Tymczasem nie jesteśmy wybierani na podstawie testów – jak przy lotach kosmicznych – do tego, aby żyć w zamknięciu. Większość z nas się do tego nie nadaje.

W efekcie zebranych danych i doświadczeń powstała moja książka „Szałas na hałas”. Chciałam dać ludziom kompendium wiedzy o tym, co jest ważne, aby stworzyć w domu jak najbardziej komfortowe dane. Ważna jest np. akustyka, bo sprawia, że w domu jest cicho lub głośno. Poprawiają ją proste rzeczy takie, jak dywany czy zasłony.

Ważne jest też to, aby światło miało ciepłe, a nie zimne spectrum i niekoniecznie zawsze było światłem górnym. W Skandynawii wszędzie w domach jest dużo lamp. Jest to dla nas zdecydowanie przyjemniejsze. Tu pomagają inteligentne żarówki, w których możemy temperaturę światła dostosować do naszych potrzeb. I to ma sens. Rano światło może być chłodniejsze, bo nas pobudza. Z upływem dnia może zaś stawać się coraz cieplejsze, tak jak słońce.

Istotne są też nawilżenie powietrza, temperatura i… zapach domu. Wszystkie te aspekty mają wpływ na to, jak się w nim czujemy. Jeżeli choć trochę zmienimy uwarunkowania, te wynikające ze stymulacji bodźcowej, to będziemy np. lepiej spać. Spadnie bowiem nasze napięcie nerwowe.

Dodatkowo wszystkie ekrany zabierają nam bardzo dużo czasu, który moglibyśmy poświęcić dla bliskich istot żywych, które mamy w realu. Bardzo ważne jest bycie w kontakcie, w dotyku, przytulanie się do bliskich, posiadanie czworonogów, świadome jedzenie. To są rzeczy na dziś i na tutaj. Gdybyśmy tylko rozejrzeli się wokół siebie, to okazałoby się, że – wykonując bardzo drobne kroki – możemy być dużo bardziej zaopiekowani w przestrzeni.

SPOŁECZEŃSTWA PRZYSZŁOŚCI

Dokąd może zaprowadzić nas zbytnie „zachłyśnięcie się” technologią?

Jeżeli nie zwolnimy i nie wrócimy do bardziej naturalnego cyklu, to „wykrzaczymy” się społecznie. Japonia jest wykładnią tego, jak możemy skończyć. To miejsce, gdzie widać jednocześnie pozytywy i negatywy współczesnego życia. Mają np. wioskę, która recyklinguje 97% odpadów, ale potrzeba do tego aż 27 pojemników.

Z drugiej strony jest to kultura, w której nastąpiło ogromne rozdzielenie kobiet od mężczyzn. Jest też straszny nacisk na pracę, niehumanitarną wręcz pracę. W Japonii po raz pierwszy na świecie wystąpiła śmierć z przepracowania. Jeżeli jednak pracujesz po 16 godzin na dobę, a kolejne 4 spędzasz w pociągu dojeżdżając do i z pracy, to nie możesz mieć relacji społecznych. Wówczas głos „maszyny”, która powie Ci „miej piękny dzień”, będzie głosem kogoś, z kim będziesz chciał się związać. Japonia to będzie zapewne pierwszy kraj, który uzna związki z robotami.

Tu znowu powstaje pytanie, po której stronie znajdziemy się jako społeczeństwo? Czy będziemy w grupie państw uprzywilejowanych, które wciąż utrzymują relacje międzyludzkie, zachowały kontakt z naturą i światłem słonecznym, czy też znajdziemy się w tej części świata, w której życie wygląda tak, jak w niektórych filmach sci-fi.

W Chinach ta druga przyszłość już się materializuje. Chiny wdrażają Social Scoring obywateli na skalę masową. Jest to narzędzie wyłącznie wprowadzone po to, aby kontrolować w pełni społeczeństwo. Jako obywatele Europy możemy wspólnie przeciwstawić się tej koncepcji świata.

Czy chiński Social Scoring, który nie pozwala myśleć inaczej niż to narzuca władza nie ogranicza kreatywności tego społeczeństwa?

Pracuję z chińskimi studentami i jest to grupa ludzi wychowywana w zupełnie innym „mentalu”. Przykładowo jest tam gigantyczny problem z poszanowaniem wartości intelektualnej. Dla Chińczyków to, co jest ogólnie udostępne jest czymś, z czego można swobodnie korzystać i za prawa do czego nie trzeba nikomu płacić. Stąd takie „namiętne” wykorzystywanie cudzych patentów i różnych technologii.

Oni są sformatowani do świata, w którym mało myśli się o jednostce, a więcej o dobru wspólnym. Jeśli więc pytasz, czy Social Scoring ogranicza kreatywność, to – z naszego punktu widzenia – bardzo. Choć nas pewnie by to pobudziło do kreatywności. Natychmiast chcielibyśmy zhakować ten system. Dla nich tak po prostu jest. Jest to społeczeństwo, które myśli odwrotnie do nas na każdym poziomie. Nauczenie chińskiego studenta, że może zadać pytanie nauczycielowi, bo czegoś nie wie, zajmuje kilka lat.

Tylko czy to nie degeneruje tego kraju? Czy będą w stanie wymyślić coś własnego?

Oczywiście, że degeneruje. Dlatego w Chinach był i wciąż jest tak duży poziom szpiegostwa technologicznego. To się zmienia. Chiny np. masowo wysyłają studentów za granicę i płacą im za studia na najlepszych uczelniach. Oczywiście trzeba mieć odpowiednie pochodzenie, czystą „kartotekę” itd. Dzieje się tak, bo władza zdała sobie sprawę z tego, że dzięki absolutnej kontroli mają absolutnie podległy kraj. A to doprowadziło do tego, że nie byli w stanie tworzyć innowacji. Musieli je kraść. Teraz próbują to nadrobić i o dziwo wychodzi im to całkiem nieźle. Coraz lepiej sobie radzą z własnymi rozwiązaniami. To już nie są „zapożyczenia bezpośrednie”, tylko coraz częściej pośrednie albo wręcz własne wynalazki.

Chiny mają już własny kosmodrom i stację na niskiej orbicie okołoziemskiej. Choć wykorzystali założenia stacji MIR i na jej wzór zrobili swoją. Ale to zrobili! Jest nawet żart wśród astronautów przechodzących na emeryturę, a wykształconych przez świat Zachodu. Wszyscy powinni uczyć się chińskiego, bo tam „na emeryturze” nadal znajdą dobrze płatną pracę, szkoląc swoich następców. Dlatego, gdy ktoś pyta mnie, kto będzie pierwszy na Marsie, zawsze odpowiadam: Chińczycy. Stanie się to dlatego, że tam nie będzie publicznej debaty, czy np. zamiast wydawać pieniądze na lot na czerwoną planetę nie lepiej inwestować w ochronę klimatu. Jeśli tylko będzie taka decyzja kierownictwa partii, to będą wysyłać na Marsa astronautów tak długo, aż im się uda.

Podsumowując, na wielu płaszczyznach żyjemy w czasach, które wywracają wszystko, co znamy, do góry nogami.

Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *