StartupyBiznesPolecane tematy

Wierzę w oczyszczającą moc kryzysów, działają mobilizująco

Z Konradem Wawruchem, SVP, współzałożycielem 7bulls.com i Founding Partnerem w True Global Ventures (TGV), rozmawiamy m.in. o: specyfice działalności rodziny funduszy TGV; spółce Animoca Brands; otwartym metaversie; krajowym rynku venture capital; wpływie obecnego kryzysu na skłonność inwestorów do inwestowania w startupy; tym czy fundusze vc mają chęci i czas na ratowanie nierentownych spółek oraz specyfice i przyszłości rozwiązań Blockchain.

Wierzę w oczyszczającą moc kryzysów, działają mobilizująco

Weryfikujemy „kto pływa nago”?

Szymon Janiak z Czysta3.vc powiedział niedawno na łamach ITwiz, że „Polscy inwestorzy są często bardzo konserwatywni – patrzą przede wszystkim na rentowność spółek i ich wyniki finansowe na wczesnych etapach, a nie w perspektywie długofalowej”. Jak to wygląda na Zachodzie? Czy mimo niesprzyjającej sytuacji makroekonomicznej tamtejsi inwestorzy chętnie ryzykują i czy są skłoni postawić na „zrównoważony wzrost”?

Generalnie kryzys jest okazją. Pewnego rodzaju oczyszczeniem rynku. Konieczna jest bowiem weryfikacja tego – jak mówił Warren Buffett – „kto pływa nago”? Wierzę więc w oczyszczającą moc wszelkich kryzysów, które działają mobilizująco. Używając analogii żeglarskiej, trzeba tylko umieć ustawić się do wiatru.

Poza tym kryzysy są absolutnie najlepszym momentem na inwestowanie. Dlaczego? Bo po pierwsze, jest taniej. I to pod każdym względem. Jak np. inne firmy – jak obecnie te na Zachodzie – zwalniają pracowników to znaczy, że można budować zespół, który stworzy dane rozwiązanie taniej, niż wtedy kiedy wszyscy zatrudniają na potęgę.

Mówi się też, że w Polsce brakuje funduszy wzrostowych. Oczywiście, ale ten problem w mojej ocenie bierze się z tego, że na etapie startowym, przez wspomniane zaburzenie rynku i fundusze ze wsparciem kapitału publicznego, te wyceny są już na wejściu za wysokie. Później pieniądze się kończą, a spółka nie potrafi wypracować wyceny większej niż runda, która już była. Rodzi to naturalne problemy z pozyskaniem kolejnej transzy kapitału. Jeśli zrobi się drugą rundę przy wycenie niższej to zapala się światełko ostrzegawcze dla funduszy na Zachodzie, a tego się unika. Jest to więc rodzaj pułapki.

W Polsce póki co jeszcze nie jest tanio. Kilkukrotnie spotkałem się np. z opiniami, że wyceny krajowych spółek są mocno zawyżone i nijak nie przystają do realiów…

To co Pan mówi to prawda, która wynika z tego, że Polska jest bardzo zaburzonym rynkiem. Przede wszystkim dlatego, że jest dużo funduszy korzystających ze wsparcia funduszami publicznymi. Analiza ryzyka jest właśnie zaburzona tym wkładem i uprzywilejowaniem inwestorów prywatnych.

Jest nawet taka żartobliwa opinia krążąca wśród inwestorów, że w Polsce każdy startup jest warty 10 mln zł. Dzieje się tak dlatego, że fundusze z rodziny BRIdge Alfa chcą co najmniej 10%, a wydają trochę ponad 1 mln zł. To powoduje wycenę 10 mln zł niejako z marszu. Jest to może i cudowne dla Founderów, ale z drugiej strony problematyczne, bo później się okazuje, że na tę wycenę trzeba zapracować. Mamy inwestycje w USA gdzie wyceny były na poziomie 3,5 mln USD – czyli poziomie tych 10 mln zł – ale uwzględniając siłę nabywczą były to wyceny atrakcyjniejsze niż w Polsce, bo dotyczące spółek tworzonych przez znacznie bardziej doświadczonych ludzi niż przeciętna spółka w Polsce.

Mówi się też, że w Polsce brakuje funduszy wzrostowych. Oczywiście, ale ten problem w mojej ocenie bierze się z tego, że na etapie startowym, przez wspomniane zaburzenie rynku i fundusze ze wsparciem kapitału publicznego, te wyceny są już na wejściu za wysokie. Później pieniądze się kończą, a spółka nie potrafi wypracować wyceny większej niż runda, która już była. Rodzi to naturalne problemy z pozyskaniem kolejnej transzy kapitału. Jeśli zrobi się drugą rundę przy wycenie niższej to zapala się światełko ostrzegawcze dla funduszy na Zachodzie, a tego się unika. Jest to więc rodzaj pułapki.

W I półroczu 2022 roku odnotowano spadek inwestycji globalnych funduszy vc względem analogicznego okresu, zarówno w Unii Europejskiej (-8%), jak i w USA (-12%). Czyli to nie jest żaden początek spowolnienia związanego z trudną sytuacją gospodarczo-polityczną, tylko powiedzmy lekkie wahnięcie?

Ten rynek rzeczywiście się zmienia. Niedawno była konferencja amerykańskiej firmy Carta, która obsługuje wiele funduszy inwestycyjnych i zbiera dane o dziesiątkach tysięcy startupów. Pokazali bardzo ciekawe dane, które idą trochę wbrew temu, co Pan mówił o polskich inwestorach. Otóż w USA bardzo ucierpiały spółki rozwinięte, a jedynym segmentem, który wzrósł pod względem średniej wielkości rund i waluacji były rundy seed.

Dlaczego?

Dlatego, że jeżeli fundusz zazwyczaj inwestuje na etapie rund B, C lub D to zakłada iż szybko – np. w ciągu 2 lat – będzie IPO, czyli pierwsza oferta publiczna spółki albo sprzedaż inwestorowi strategicznemu. Jeśli sytuacja makroekonomiczna się pogarsza to szanse na to, że będzie można zrobić dobre IPO spadają. Fundusze te inwestują więc ostrożniej, bo nie mają pewności szybkiego wyjścia, a to przecież zakłada ich strategia inwestycyjna. Na poziomie rundy pre-seed czy serii A inwestorzy też są bardziej ostrożni, ale z innych przyczyn.

Zyskały więc spółki dopiero opracowujące swój produkt, który będzie gotowy za pół roku czy 2 lata, a do exitu minie jeszcze 5 lat. Fundusze uważają, iż właśnie wbrew pozorom, to jest najlepszy moment na inwestowanie. Dlaczego? Bo obecnie jest dla nich taniej, aby wytwarzać technologie, a poza tym są bardzo duże szanse, że zanim ich produkt pojawi się na rynku to konsumenci będą już mieli więcej pieniędzy, a zanim dojdzie do exitu sprzyjające okażą się już ogólne warunki rynkowe. Ścierają się więc różne podejścia i różne wizje.

Faktem jest natomiast, że takie wahnięcia w dół są naturalne. Jak uważają doświadczeni inwestorzy, dobrze jest w takich momentach poczekać kilka miesięcy, aby zorientować się w sytuacji i zobaczyć kto będzie wygranym, a kto przegranym takiego kryzysu.

Czy teraz jest już na to dobry moment?

To jest bardzo trudne pytanie. Punktowo na pewno tak. Ale to zależy np. od tego o jakim segmencie rynku mówimy, czy o jakim jego umiejscowieniu geograficznym. Geopolitycznie regionem, który raczej nie straci jest Środkowy Wschód – głównie Zjednoczone Emiraty Arabskie. Mają ropę i gaz, są w niezłych relacjach ze wszystkimi i posiadają olbrzymie środki na inwestycje. Natomiast wszystkie inne regiony mają mniej lub bardziej oczywiste trudności i ryzyka przed sobą. Krótko i średnioterminowo.

Przeczytaj również
JR Holding ASI S.A. inwestuje w OpenApp i wchodzi na rynek płatności e-commerce

Osobiście jestem natomiast bardzo zaintrygowany Polską. Przykładowo w sektorze IT w Stanach Zjednoczonych zwalnia się ludzi masowo, w Europie Zachodniej dużo, ale jeszcze nie masowo, a w Polsce te zwolnienia dopiero się powoli pojawiają. Nie wiadomo jednak, w którym kierunku to pójdzie. W Polsce jest dużo przedsiębiorstw pracujących na rzecz tych sektorów, które właśnie zwalniają. Natomiast może się okazać, że zwalniają tam, aby więcej zatrudnić tutaj. Chociaż Polska w sektorze IT przewagę kosztową już utraciła, przynajmniej nad dużą częścią innych krajów. Polscy informatycy zarabiają już naprawdę bardzo dużo.

Jednak wciąż utrzymuje się w Polsce bardzo duże zapotrzebowanie na specjalistów IT…

Jeszcze tak, ale widoczna jest już wyraźna niepewność na rynku. Zastopowanie pewnych nowych przedsięwzięć stało się już w Polsce odczuwalne.

Agresywny model vc zakłada, że należy się szybko decydować kto ma potencjał i wkładać maksimum wysiłku w pomoc tylko obiecującym spółkom, zostawiając wszystkie pozostałem samym sobie. Takie podejście akurat do mnie nie trafia, bo jakie są kryteria wyboru takich liderów? Czy one są na pewno dobre? Przecież zarządzający funduszami są tylko ludźmi i mylą się, jak inni, całkiem często. Widziałem już nie raz dobre spółki, które ginęły przez brak wsparcia, tylko dlatego, że zarządzający byli skupieni na innych projektach.

Wróćmy do wątku inwestorów, którzy chętnie inwestują w spółki będące na samym początku rozwoju, czyli w rundy seed. Załóżmy taką sytuację – inwestor wykłada środki w spółkę na bardzo wczesnym etapie, po czasie pojawia się problem np. ze sprzedażą rozwiązania, spółka nie rośnie w oczekiwanym tempie. Co wtedy? Czy fundusze mają chęci i czas na ratowanie takich spółek? Spotkałem się z opiniami, że nie.

To jest bardzo dobre pytanie, dotyka ono istoty filozofii vc. Po pierwsze, nie znam spółki, która nie miałaby problemów. Występują one w różnych momentach i z różnym natężeniem, ale są zawsze, a zadaniem przedsiębiorców i inwestorów jest to, aby je rozwiązywać.

Rzeczywiście, agresywny model vc zakłada, że należy się szybko decydować kto ma potencjał i wkładać maksimum wysiłku w pomoc tylko obiecującym spółkom, zostawiając wszystkie pozostałem samym sobie. Takie podejście akurat do mnie nie trafia, bo jakie są kryteria wyboru takich liderów? Czy one są na pewno dobre? Przecież zarządzający funduszami są tylko ludźmi i mylą się, jak inni, całkiem często. Widziałem już nie raz dobre spółki, które ginęły przez brak wsparcia, tylko dlatego, że zarządzający byli skupieni na innych projektach, które ostatecznie okazywały się nie być dobrym wyborem i też ginęły.

Ta radykalna filozofia zakłada, że jak 1 spółka na 10 zwróci się ponad 10-krotnie to zwraca poniesione nakłady. Ja uważam, że nie zawsze o to chodzi. Takie podejście sprawdza się może w wypadku, gdy mamy w funduszu dwóch zarządzających, a większość rzeczy jest wyoutsourcowanych.

Z kolei model Private Equity w Polsce często źle się kojarzy, jako ten, w którym przejmuje się za bezcen, dzieli na kilka części, dwie bankrutują, ale już trzy sprzedaje się z wielką przebitką. Oczywiście zdarzają się takie fundusze i takie zachowania, ale jest to znowu radykalna część tego sektora. Dla mnie Private Equity to bardziej mozolna budowa wartości, kiedy nie można stracić na żadnej spółce. Nie ma miejsca na kompletne porażki czy bankructwa spółek portfelowych. I takie fundusze się przez to buduje trochę inaczej jeśli chodzi o zespół zarządzający. Tam zdarza się, że partner funduszu aktywnie i pełnoetatowo wchodzi do spółki po to, aby pomagać. A tak naprawdę widzę, że te modele są często wymieszane.

Metaverse, Blockchain i Web 3.0

Prowadzi Pan fundusz Follow On Fund, który skupia się na inwestycjach w start-upy będące już w portfelu True Global Ventures. Proszę wyjaśnić skąd pomysł na „fundusz w funduszu”? Jaki jest cel takiej formuły działania?

Fundusze nie kończą działalności po jednym okresie inwestycyjnym. Jeżeli zbuduje się zespół, który czegoś się nauczył i odnosi sukcesy to łatwiej – oraz efektywniej – jest kontynuować jego działalność niż budować go od zera. Generalnie jest to normą, poza Polską może. Aczkolwiek u nas też zaczyna się już tak działać. Wystarczy podać przykład funduszu Innovation Nest czy Borysa Musielaka, który otwiera teraz SMOK Ventures 2.

Fundusz True Global Ventures powstał w 2012 roku i zainwestował w spółki, które stały się lub stają się tzw. jednorożcami. Z kolei powstały w 2018 roku fundusz TGV 4 Plus – do którego dołączyłem – zamknął już listę inwestycji. TGV 4 Plus jest więc czwartym podmiotem z kolei, prowadzony przez stale rozrastającą się grupę ludzi, tzw. Founding Partnerów.

Analizując sytuację w naszym portfelu zauważyliśmy, że mamy spółki, które odniosły duży sukces, szybko rosną, często są rentowne, mają wysoką waluację i stają się liderami w swoich segmentach rynku – jak choćby Animoca Brands. Tak powstał Follow On Fund, w którym jestem jednym z dwóch zarządzających.

To dość specyficzna konstrukcja, która pozwala właśnie dalej uczestniczyć we wzroście zwycięzców swojego portfela. Poza wspomnianą Animoca Brands być może zainwestujemy jeszcze w 3-4 spółki. Innymi słowy, będziemy inwestować tylko w te projekty, które według nas są „skazane” na sukces i dalszy wzrost. A ponieważ z założenia mają to być inwestycje mniejszego ryzyka – dlatego też stworzyliśmy do tego celu oddzielny fundusz.

W pewnym sensie otwarty metaverse i Blockchain – jako świat zdecentralizowany, w którym trudno o pojedynczy podmiot będący w stanie kontrolować ekosystem – jest odzwierciedleniem idei open source, kiedy zależało nam na budowaniu pewnej równowagi między twórcami technologii IT, twórcami oprogramowania i odbiorcami tych produktów. Dlatego też inwestorzy w to wchodzą. Widzą, że jest to istotne przebudowanie pewnych obszarów gospodarki. Dokładnie tak samo, jak streaming doprowadził do rewolucji na rynku telewizyjnym, tak otwarcie światów cyfrowych będzie przemeblowaniem rynków rozrywki cyfrowej.

Przeczytaj również
Gartner: Niektórzy pracownicy będą pracować zdalnie już na stałe

Czym dokładnie zajmuje się wspomniana Animoca Brands, w którą we wrześniu zainwestowaliście 17,2 mln USD? To zresztą kolejne zasilenie finansowe przez TGV tej spółki, która ma już status jednorożca i jest liderem w sektorze Web 3.0. Jaki jest cel inwestycji w spółkę, która jest już przecież na późnym etapie rozwoju?

Te 17,2 mln USD to jest tylko nasz wkład. Natomiast Animoca dostała zastrzyk środków finansowych łącznie o wartości 110 mln USD. Misją Animoca Brands jest stworzenie systemu cyfrowych praw własności i dostarczenie go zarówno graczom, jak i różnym użytkownikom internetu.

Yat Siu, założyciel tej firmy i jej prezes, odnotował pewne prawidłowości. Jego zdaniem, bez praw własności gospodarka rozwija się wolniej, tak jak np. w Korei Północnej. Zresztą już George Washington powiedział, że wolność i prawa własności są nierozdzielne. Yat Siu wierzy, że zagwarantowanie pewnych praw graczom i użytkownikom doprowadzi do wzrostu ekosystemu i wartości ekonomii świata, który buduje.

Bazując na prawach cyfrowej własności chce on zbudować duży ekosystem – zarówno gamingowy, jak i metaverse – w którym ludzie będą się czuć bezpiecznie. Będą mieli bowiem więcej praw w stosunku do zamkniętych światów, które są w całości kontrolowane przez scentralizowane organizacje, mające inne cele niż ludzie używający tych praw.

Co to oznacza w praktyce?

Animoca Brands to obecnie konglomerat projektów – spółka inwestująca w firmy, których jest już na świecie ok. 380. Sama prowadzi relatywnie niewielką działalność, dbając o to, aby projekty – takie, jak np. Sandbox, czyli otwarty metaverse – mogły się sprawnie rozwijać wykorzystując współpracę między sobą i efekty synergii płynące z tej współpracy. Zatem finansowanie, które uzyskała niedawno Animoca, jest jej potrzebne, aby w dalszym stopniu rozszerzać wspomniany ekosystem.

Warto też dodać, że ostatnie pół roku to była seria katastrof na rynku, na którym działa Animoca. I choć oczywiście są spółki, które doświadczyły problemów, tak cały ekosystem stworzony przez Animocę przetrwał. Rośnie w siłę i jest wygranym tego kryzysu. Dlatego w takie projekty inwestorzy chętnie inwestują.

W Facebooku nie ma nic z wizji, o której mówię. Jest to kolejny sposób na zarabianie pieniędzy przez jedną firmę, a w zasadzie przez jednego człowieka, który wielokrotnie udowodnił już, że nie interesuje go przestrzeganie jakichkolwiek zasad. W Meta nie ma mowy o prawie własności, ani otwartości. Wręcz przeciwnie, są zamknięte światy, które ze sobą rywalizują. Natomiast to, co buduje Animoca Brands czy Sandbox jest w totalnej opozycji do takiego podejścia.

Dużo się mówi o koncepcji metaverse. Jednak sama Meta, dawny Facebook, raczej tylko na nim traci. Od roku widać duże spadki cen jej akcji z ok. 355 USD do ok. 146 USD…

Dzieje się tak dlatego, że w Facebooku nie ma nic z wizji, o której mówię. Jest to kolejny sposób na zarabianie pieniędzy przez jedną firmę, a w zasadzie przez jednego człowieka, który wielokrotnie udowodnił już, że nie interesuje go przestrzeganie jakichkolwiek zasad. W Meta nie ma mowy o prawie własności, ani otwartości. Wręcz przeciwnie, są zamknięte światy, które ze sobą rywalizują. Natomiast to, co buduje Animoca Brands czy Sandbox jest w totalnej opozycji do takiego podejścia.

Niedawno podano wiadomość, że Minecraft wyłączył możliwość sprzedaży pewnych dóbr jako NFT, rzekomo z powodu rodzących się nierówności. Podczas gdy tak naprawdę świat metaversowy i inwestycyjny – mówię o gronie kilkuset inwestorów, którzy spotykają się co ok. 2 miesiące – jest przekonany, że firma ta zaczęła się bać braku kontroli. I takie zachowania są m.in. motywatorem Animoca Brands i Sandboxa, aby budować światy metaverse inaczej.

To akurat bardzo mi odpowiada, dlatego że jestem jednym z budowniczych sektora open source w Polsce. A on też był budowany w opozycji do gigantów oprogramowania, zazwyczaj amerykańskich, którzy stosowali właśnie pełną kontrolę nad klientami, uzależniając ich od siebie bez względy na to czy dany klient pokrywa ułamek, czy całość kosztów powstania oprogramowania. Wtedy zależało nam na budowaniu pewnej równowagi między twórcami technologii IT, twórcami oprogramowania i odbiorcami tych produktów. Podobna rzecz dzieje się obecnie.

W pewnym sensie otwarty metaverse i Blockchain – jako świat zdecentralizowany, w którym trudno o pojedynczy podmiot będący w stanie kontrolować ekosystem – jest odzwierciedleniem tych samych idei. Dlatego też inwestorzy w to wchodzą. Widzą, że jest to istotne przebudowanie pewnych obszarów gospodarki. Dokładnie tak samo, jak streaming doprowadził do rewolucji na rynku telewizyjnym, tak otwarcie światów cyfrowych będzie przemeblowaniem rynków rozrywki cyfrowej.

Proszę też zwrócić uwagę, że do tego świata cyfrowego wchodzą już regulatorzy, a kraje potrafią np. otworzyć ambasady cyfrowe. W dużej mierze są to jeszcze działania PR, ale odzwierciedlają rzeczywiste potrzeby. Jeśli ludzie spędzają w tym cyfrowym świecie coraz więcej czasu, to być może właśnie tam najprościej będzie im dostarczać pewne usługi.

Czy to może oznaczać problemy dla imperium Marka Zuckerberga? Czy on traktuje już takie firmy, jak Animoca Brands czy Sandbox jako konkurentów?

Jestem przekonany, że właśnie tak jest. Meta żyje przecież głównie z reklam. Cała reszta to w pewnym sensie tylko „przybudówka”. Obecnie inne media społecznościowe rosną w siłę, bardziej odpowiadając potrzebom klientów. Facebook traci chociażby młode pokolenie. Więc ogłoszona przez nich idea metaverse jest próbą „ucieczki do przodu”, która – mam nadzieję – nie uda się właśnie z powodu zamkniętego i zaborczego charakteru tej firmy.

Natomiast otwarty metaverse taki, jaki proponuje Sandbox, przyciąga coraz większą liczbę znanych marek. Pierwszymi są np. Disney i duże instytucje finansowe, które widzą, że właśnie tam mogą dotrzeć do konsumentów młodego pokolenia. A to oznacza nic innego, jak erozję wpływów reklamowych, które są podstawą biznesu Marka Zuckerberga.

Przeczytaj również
Raport Płacowy 2022: Nawet 74% pracodawców spodziewa się trudności w pozyskiwaniu pracowników

Natomiast klęski Facebooka jeszcze bym nie ogłaszał. Przypominam sobie, jak kiedyś Steve Ballmer, były dyrektor generalny Microsoft, krzyczał ze sceny, że open source to „rak przemysłu oprogramowania”. Jego następcy zrozumieli na szczęście, że większa równowaga w relacjach z odbiorcami technologii wcale nie oznacza zarabiania mniejszych pieniędzy. Microsoft przeszedł więc z ciemnej na jasną stronę mocy. Od dłuższego już czas w sposób bardzo fair współpracuje ze światem open source.

Wróćmy do funduszu TGV. Przeczytałem m.in., że jego partnerzy nie otrzymują pensji, a ich zyski naliczane są adekwatnie do wkładu w rozwój poszczególnych projektów. Czym jeszcze wyróżniacie się na rynku?

Nie ma w tym nic oryginalnego. Już 20 lat temu, gdy pierwszy raz miałem do czynienia z inwestorami amerykańskimi, ich kluczowym stwierdzeniem była wspólnota celów. Jeżeli wszyscy nie ciągną w tym samym kierunku to przedsięwzięcie traci rozpęd i zaczyna grzęznąć tracąc czas na wewnętrzne walki zamiast na podbój rynku.

W pewnym sensie działalność TGV jest rozszerzeniem tej idei. A wynika ona z doświadczeń założyciela tej rodziny funduszy, Dusana Stojanovica, inwestora od ponad 20 lat, który zrozumiał, że tę wspólnotę celów trzeba jako fundusz rozbudować zarówno w kierunku inwestorów, jak i przedsiębiorców. A więc cele partnerów zarządzający w funduszu oraz Limited Partners, czyli inwestorów pasywnych, nie powinny być przeciwstawne.

Tak, fundusz nie płaci partnerom zarządzającym. W gruncie rzeczy z opłaty za zarządzanie, płaconej też przez nas, pokrywane są jedynie koszty zewnętrzne. My po prostu z tego nie żyjemy. A dodam, że zainwestowaliśmy też bardzo dużą część własnych środków w fundusz. W wypadku TGV 4 Plus było to 25% wartości funduszu. W przypadku Follow On Fund ponad 40%. Ryzykujemy więc własnymi pieniędzmi dokładnie tak samo, jak inwestorzy.

Równowaga polega na tym, że jeśli coś się nie powiedzie to tracimy wszyscy. Przy czym my także czas, który poświęciliśmy na pracę na rzecz funduszu. Natomiast w momencie kiedy zarabiamy, to zarabiamy wszyscy. A generalni partnerzy otrzymują środki powiększone o pewien bonus, będący premią właśnie za to, że zaangażowali czas.

Tak samo wygląda równowaga wobec przedsiębiorców. Konstruujemy transakcje w taki sposób, aby z jednej strony – jeśli spółka osiągnie sukces – nie oznaczało to strat dla funduszu, ale także, aby założyciele nie poczuli się wykorzystani przez inwestorów.

Jakby Pan to odniósł do polskiego rynku, który jest jeszcze niedojrzały i oparty głównie o fundusze publiczne. Jak z perspektywy partnera, który działa na globalnym rynku venture capital ocenia Pan krajowy rynek vc?

Polskiego rynku nie nazywałbym niedojrzałym, tylko młodym. Choć rzeczywiście jest on trochę inny. Rozmawiam regularnie z osobami zarządzającymi krajowymi funduszami i uważam, że w Polsce jeszcze nie ma potrzeby, aby stosować podobne podejście. Dlatego, że jest to właśnie rynek młody, a doświadczonych zarządzających jest stosunkowo niewielu.

Doświadczeni zarządzający, z sukcesami na koncie, nie mają większych problemów z pozyskiwaniem kapitału. Nie chcę więc powiedzieć, że nie trzeba się starać, ale że nie trzeba stosować mechanizmów, które będą aż tak nietypowe. Mają one zarówno zalety, jak i wady. Podstawową z nich jest fakt, że jest to rozwiązanie niestandardowe, a takie budzą obawy.

Fundusz TGV zorganizował się w ten sposób dlatego, że robiliśmy zbyt wiele rzeczy nowych. Kiedy inwestorzy nie rozumieli, że blockchain to coś więcej niż tylko kryptowaluty, my chcieliśmy już inwestować w poważne jego zastosowania. Aby przekonać inwestorów do tej wizji, mieliśmy poczucie, że musimy wyjść poza standard i zaoferować unikalne rozwiązanie.

W Polsce tak odważnych funduszy chyba jeszcze nie ma. Owszem inwestują w ryzykowne przedsięwzięcia, ale nie w tak nowe technologie, jaką – w 2018 roku – był blockchain. Od roku czy dwóch powstają natomiast w Polsce kluby inwestycyjne, które być może w przyszłości wyewoluują właśnie w takim kierunku.

Blockchain ma bardzo dużo zastosowań. Te które są obecnie najbardziej głośne, związane są jak już wspominałem z gamingiem i metaverse, ale wciąż jest to niewielka część możliwości tej technologii. Dla przykładu, jedna z naszych spółek portfelowych – w oparciu o blockchain rozliczająca handel farmaceutykami w USA – zdobyła istotną część tego rynku.

Wyszukuje Pan najciekawsze projekty z obszaru Blockchain w regionie Europy Środkowo-Wschodniej – jakie rodzaju są to rozwiązania, gdzie obecnie powstają najciekawsze z nich?

Blockchain ma bardzo dużo zastosowań. Te które są obecnie najbardziej głośne, związane są jak już wspominałem z gamingiem i metaverse, ale wciąż jest to niewielka część możliwości tej technologii. Dla przykładu, jedna z naszych spółek portfelowych – w oparciu o blockchain rozliczająca handel farmaceutykami w USA – zdobyła istotną część tego rynku.

Są to rozwiązania związane z podpisywaniem dokumentów w sposób rozproszony, a więc dokumenty są przechowywane w sieci Blockchain, a całe rozwiązanie jest w stanie funkcjonować niezależnie od „operatora” i w szczególności nie być zagrożone jeśli chodzi o ciągłość działania, dostępność pewnych informacji czy możliwość ich zafałszowania. To jest duża różnica podejść.

Blockchain co do zasady to baza danych, która jest rozproszona w mniejszym lub większym stopniu i przez to nie podlega kontroli jednego podmiotu czy nawet małej grupy podmiotów. Tak naprawdę więc gaming i entertaiment to akurat mniejszość naszych inwestycji. Większość to rozwiązania biznesowe.

Kiedy takie rozwiązania mogą stać się dominującą codziennością?

Zanim oczywiste stanie się zastosowanie rozwiązań rozproszonych – Distributed Ledger Technologies, które oczywiście nie są tym samym, co Blockchain, ale można je z nim utożsamiać – to, w zależności od segmentu rynku, będzie się to działo bardzo szybko, albo będzie musiało upłynąć jeszcze kilka lat. Firmy muszą bowiem nauczyć się z nich korzystać, a klienci zrozumieć wartość z nich wynikającą. Wszystko musi się dotrzeć.

Tagi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.