Wywiad - 30 lat branży IT

Koniec cyfrowej rewolucji, czas na długotrwałe wartości i globalne rozwiązania

Z prof. Piotrem Płoszajskim, absolwentem Harvard Business School, stypendystą w MIT, b. kierownikiem Katedry Zarządzania SGH (1994-2018), założycielem Polsko-Japońskiego Centrum Zarządzania oraz Centrum Badań nad Odpowiedzialnym Biznesem w SGH, wykładowcą na uniwersytetach m.in. w Europie Zachodniej, USA, Japonii, RPA, Australii i Nowej Zelandii, rozmawiamy o tym, czy polskie firmy nadążają za innowacjami; sposobach budowy przewag konkurencyjnych; cyfrowej transformacji; innowacjach i innowacyjności, sposobach ich finansowaniach; sztucznej inteligencji i zmianach na rynku pracy oraz przyszłości naszej cywilizacji.

Przez ostatnich 100 lat rozwijaliśmy się w cieniu maniakalnie przywoływanego cytatu z Alicji w Krainie Czarów. Jak pamiętamy, Czerwona Królowa mówi tam: „Tutaj musisz biec tak szybko, jak tylko potrafisz, aby zostać w tam samym miejscu. A jak chcesz dostać się w inne miejsce, musisz biec dwa razy szybciej”. Wszystko co robiliśmy w Polsce – ale i na świecie – było oparte na paradygmacie cosekundowego zmieniania się i adaptacji. Agility – ulubione słowo liderów i mówców motywacyjnych – ma wartość mocno ograniczoną. Paradoks, moim zdaniem, polega na tym, że im szybciej świat się zmienia, tym częściej potrzebujemy przystanku, zastanowienia się. Gdzie właściwie zmierzamy? Co powinniśmy robić dzisiaj, by służyło budowaniu jutra dla przyszłych pokoleń?

Czy firmy w Polsce nadążają za trendami, jeśli chodzi o zastosowanie nowych technologii?

W takich dziedzinach jak sztuczna inteligencja czy technologie cyfrowe próbujemy nadążać. Nie ma się jednak co oszukiwać, jest kilka krajów na świecie, które są w czołówce. Polska do nich jeszcze nie należy. Natomiast, jak na te możliwości, które mamy – biorąc po uwagę opóźnienia, które mieliśmy przez długi czas – to jest to poziom zupełnie wyjątkowy. Mamy fantastycznych młodych ludzi; oczywiście przez młodość rozumiem tę mentalną, a nie fizyczną. Dużo pracuję z firmami i jestem naprawdę pod wrażeniem tego, co część z nich robi. Niektóre rzeczy są na poziomie absolutnie światowym w zakresie zastosowań nowych technologii – np. przekształcanie procesów sprzedażowych przez zastosowanie chipów RFID, nowoczesną bankowość, druk 3D, ale również, jeśli chodzi o wdrażanie nowych modeli biznesowych i burzliwy rozwój sektora startup’ów.

Uważam, że jest naprawdę nieźle, choć perspektywa zależy też od tego z kim się chcemy porównywać. Wśród krajów Europy Środkowo-Wschodniej gramy o ligę wyżej, niż większość z nich. Myślę, że jesteśmy już na dobrej drodze, aby porównywać się z krajami lepiej rozwiniętymi. Bardzo wierzę też w tych wszystkich młodych ludzi, których spotykam w programach Executive MBA od przeszło 20 lat. Widzę w nich kolosalną zmianę na lepsze. Mój optymizm zasadza się właśnie na tej prognozie – świetnych ludzi, którzy są intelektualnie w czołówce światowej. Infrastruktura może jeszcze nie nadąża, ale zrobi to, jak tylko nie będziemy w tej materii przeszkadzać…

A czy nie jest tak, że brakuje w Polsce dużego projektu technologicznego?

Zawsze nam będzie czegoś brakować. Nie oszukujmy się – wielkie projekty potrzebują wielkich pieniędzy, których nie mamy. Ale gdybym miał wybierać między jakimś wielkim, wspaniałym, znaczącym projektem technologicznym dla Polski, a tworzeniem grupy inteligentnych ludzi i firm, które robią tysiące relatywnie mniejszych, ale ciągle innowacyjnych rzeczy, to wolałbym tę drugą opcję. Rozumiem i doceniam ambicje, ale z drugiej strony, czy ktoś kiedyś słyszał o przełomowych technologiach rodem z Belgii, Hiszpanii, czy nawet Szwecji? A to przecież bogate i duże kraje.

Wracając zatem do trendów, czy nadążanie za nimi jest w ogóle konieczne? Czy trzeba się nieustająco rozwijać i zmieniać? Pytam w kontekście głoszonych przez Pana poglądów, że rewolucja cyfrowa zdecydowanie bardziej niż inne rewolucje technologiczne doprowadziła do sytuacji, gdzie mamy do czynienia z ogromnym niebezpieczeństwem banalności, a przewagi oparte na cyfrowości są najłatwiejsze do skopiowania, więc bardzo krótkoterminowe…

To jest główny problem, jaki mamy ze współczesnością zbudowaną na paradygmacie, który – przyznaję – kiedyś mi odpowiadał, a teraz przestaje: myślę o mentalnym terrorze nieustannej zmiany i adaptacji – na poziomie tak indywidualnym, jak i organizacyjnym. To wpędza naszą cywilizację w rozwój oparty na krótko-okresowych strategiach rozwojowych, typu 5-letnich kadencji prezydenckich, 4-letnich parlamentarnych i kwartalnych sprawozdaniach sprzedażowych w korporacjach. To nie jest dobre dla świata, szczególnie dzisiejszego, potrzebującego pokoleniowych perspektyw!

Przez ostatnich 100 lat rozwijaliśmy się w cieniu maniakalnie przywoływanego cytatu z Alicji w Krainie Czarów. Jak pamiętamy, Czerwona Królowa mówi tam: „Tutaj musisz biec tak szybko, jak tylko potrafisz, aby zostać w tam samym miejscu. A jak chcesz dostać się w inne miejsce, musisz biec dwa razy szybciej”. Wszystko co robiliśmy w Polsce – ale i na świecie – było oparte na paradygmacie cosekundowego zmieniania się i adaptacji. Agility – ulubione słowo liderów i mówców motywacyjnych – ma wartość mocno ograniczoną. Paradoks, moim zdaniem, polega na tym, że im szybciej świat się zmienia, tym częściej potrzebujemy przystanku, zastanowienia się. Gdzie właściwie zmierzamy? Co powinniśmy robić dzisiaj, by służyło budowaniu jutra dla przyszłych pokoleń?

Czy może jednak bardziej potrzebujemy kolejnych aplikacji smartfonowych do znajdywania miejsc do parkowania lub serwisów randkowych, patrz: nowa usługa Facebooka. Firma Nike pochwaliła się ostatnio butami sportowymi, które się same sznurują, regulowanymi z telefonu. Niestety nie ma pewności, że czas zaoszczędzony na sznurowaniu ludzie wykorzystają na myślenie. To dość smutne. Aplikacje tzw. sztucznej inteligencji, o której pewnie zaraz będziemy rozmawiać, w znacznej mierze służą temu, aby człowiek mniej myślał, przez oferowanie mu gotowych rozwiązań na każdą okoliczność – od wyboru filmu do oglądania, do pilotowania samolotu.

W jaki więc sposób budować przewagę konkurencyjną?

Poprzez budowanie nowych modeli biznesowych! Nowa gospodarka zbudowana jest na dwóch fundamentalnych zjawiskach. Po pierwsze, twój główny przeciwnik prawdopodobnie przyjdzie spoza branży. Rozumiem przez to kogoś, kto przychodzi z kompletnie nowym modelem biznesowym, który albo adresuje te same potrzeby lepiej, albo proponuje zupełnie nowe i przez to całkowicie demoluje istniejący rynek. Po drugie, w większości przypadków technologia, która zmieni dany biznes będzie również pochodzić spoza niego. Co oczywiście zmusza firmy do pieczołowitego obserwowania całego obszaru technologii. Nie da się bowiem powiedzieć, która z nich będzie ważna – lub nie – dla twojego sektora.

Jakie innowacje ma Pan na myśli?

Adopcja nowych technologii przebiega według krzywej uczenia się. Najpierw akumulujemy nową wiedzę i umiejętności, a dopiero jakiś czas później odbywa się nagły ich skok jakościowy. Ostatnie 2-3 lata to jest właśnie taki moment dla technologii. Znakomita większość z tych, które są dziś obiecujące, czy wręcz rewolucyjne, nie jest nowa. Rewolucyjne jest właśnie to, co się w nich stało przez ostatnie kilka lat. Przykładem są technologie materiałowe, począwszy od tych, które pozwolą nam zrobić nowy procesor, poprzez nowe ogniwa akumulatorowe czy fotowoltaiczne, a na druku 3D skończywszy. To samo stało się ostatnio z komputerami kwantowymi, inżynierią genetyczną, czy ze sztuczną inteligencją.

Wracam więc do mojej tezy i do pańskiego pytania – firmy nie tyle muszą się z minuty na minutę zmieniać, ile potrzebują rozumieć zmiany w szerokim otoczeniu po to, aby potem mogły dokonywać świadomych wyborów czy i na ile się zmieniać. Głównym pytaniem jest więc nie „kto jest moim przeciwnikiem teraz?”, ale kto będzie następnym i to niekoniecznie w branży, w której sami działamy…

Systemy zbudowane na przedsiębiorczości muszą być oparte na dogmacie profesjonalizmu. Czyli ceni się i promuje tych, którzy robią coś dobrze. Pod tym względem nie jest to obecnie korzystny okres dla Polski. Zaufanie do profesjonalizmu jako wartości, jest dla mnie absolutnie kluczowe. Niepokoi mnie, że zaufanie to rujnujemy. Zawodowa misja nauczyciela polegająca na przekonywaniu uczniów do nauki, bo to im da sukces w życiu i awans w pracy, traci w ten sposób swój sens.

Jakie widzi Pan bariery stojące obecnie przed rozwojem innowacyjności w Polsce?

Nie chciałbym popaść w banał – wszyscy o tym przecież wiemy: zbyt wiele jest przeszkód systemowych. Obawiam się, że ciągle tkwimy w zamierzchłym stereotypie, że jak ktoś jest aktywny, to jest podejrzany, a jak ktoś jest bogaty, to musiał ukraść. Przedsiębiorczość to jest działalność wysokiego ryzyka. Muszą więc istnieć systemowe rozwiązania, które dopuszczają niekonwencjonalne ruchy organizacyjne, ale również finansowe. A jeśli na to się nie pozwala albo nieustannie ściga kogoś, komu się udało, to mamy problem z innowacyjnością.

Chodzi więc o uwolnienie dobrej energii do działania?

Dokładnie tak. Przypomnijmy sobie legendarną już dzisiaj reformę ministra przemysłu Mieczysława Wilczka z początków transformacji. Stworzona przez niego w 1988 roku ustawa generalnie polegała na haśle „róbta co chceta”, byleby nie było to sprzeczne z podstawowymi, jasno określonymi zasadami. Dało to ogromne pobudzenie przedsiębiorczości. W ciągu dwóch lat powstało chyba 2 miliony firm. Oczywiście, część z nich była jednoosobowa, byli to taksówkarze czy właściciele tzw. „szczęk”, ale to kompletnie nie ma znaczenia – narodziła się motywacja „pracy na swoim”.

Brak tej energii, to podstawowa blokada. I powiem szczerze, nie bardzo wiem, jak ją usunąć. Musiałoby istnieć bowiem przyzwolenie – na różnych poziomach, również społecznym – na to by być przedsiębiorcą, być aktywnym, nawet jeśli kiedyś się zbankrutowało. Przypomnijmy sobie jak humanitarne jest prawo upadłościowe w Stanach Zjednoczonych. Tam plajta nie jest końcem kariery, a wręcz niekiedy bardziej ufa się przedsiębiorcom, którzy ogłosili kiedyś upadłość, bo zakłada się, że się czegoś nauczyli i wyciągnęli wnioski na przyszłość. Natomiast u nas jest to stygmat. Gdybyśmy rozliczali w ten sposób np. Steve’a Jobsa lub innego z wielkich przedsiębiorców amerykańskich, to nie mieliby szans na rozwój kariery w Polsce. Mieli przecież mnóstwo upadków, czy procedur upadłościowych. Musimy akceptować fakt, że ludziom i firmom po prostu czasem się nie udaje.

Poza tym systemy zbudowane na przedsiębiorczości muszą być oparte na dogmacie profesjonalizmu. Czyli ceni się i promuje tych, którzy robią coś dobrze. Pod tym względem nie jest to obecnie korzystny okres dla Polski. Zaufanie do profesjonalizmu jako wartości, jest dla mnie absolutnie kluczowe. Niepokoi mnie, że zaufanie to rujnujemy. Zawodowa misja nauczyciela polegająca na przekonywaniu uczniów do nauki, bo to im da sukces w życiu i awans w pracy, traci w ten sposób swój sens.

Pozostając w kontekście tego, co Pan przed chwilą powiedział. Obecnemu Premierowi marzy się, że Polska będzie potęgą high-tech po roku 2030…

Mnie też się marzy np., aby Polska wysłała ludzi na Marsa. Tylko co z tego wynika? Pamiętam, jak chyba 10 lat temu prezydent Władimir Putin ogłosił, że w Rosji stworzy Dolinę Krzemową i obiecał na to 2 mld USD. Tymczasem Silicon Valley w Kalifornii to nie jest przecież twór organizacyjny, lecz styl życia, kultura i miejsce, gdzie można być szalonym. Centra kreatywności najlepiej rodzą i działają organicznie, jak paryskie Montparnasse w XIX wieku. Wracając do Pana pytania, też bym chciał, abyśmy za 4 lata mieli 1 mln polskich samochodów elektrycznych. Tylko jeżeli robi się z tego narodowy program i rozpoczyna go od projektowania karoserii, to znaczy, że ludzie, którzy usiłują go uruchomić, kompletnie nie mają pojęcia jakie są kompetencje potrzebne do stworzenia takiego samochodu: baterie, płyta podłogowa, oprogramowanie, stacje ładowania, etc. Ładnie komponuje mi się to z poprzednią tezą – potrzebujemy profesjonalistów! Wierzę w mechanizmy, a nie w to, że jakaś kolejna fundacja da pieniądze, aby zacząć budowanie samochodów, lub czegokolwiek innego.

Kto zatem powinien finansować innowacje? Kapitał publiczny wsparty funduszami unijnymi czy wyłącznie prywatny?

Jeśli się przyjrzymy gospodarce amerykańskiej, to tam, wbrew powszechnemu mniemaniu, wielkich innowacji nie finansował wyłącznie kapitał prywatny. W niezmiernie wielu przypadkach były to te wielkie projekty, o które Pan pytał, finansowane przez państwo, a dokładnie przez wojsko. Tylko mechanizm był taki, że wojsko finansowało projekty nawet na bardzo wstępnej fazie, czyli wtedy, kiedy były one jeszcze ryzykowne. Co istotne, wojsko było sponsorem, ale w wypadku powodzenia, stwarzało też możliwość wielkich zamówień. A więc w wypadku wielkich projektów technologicznych, to niestety, najczęściej, muszą to być zamówienia rządowe. Trzeba jednak mieć świadomość, że nie wszystkie z nich muszą się udać i mnóstwo pieniędzy może się zmarnować. Innowacyjność rodzi się z dwóch źródeł: z kapitału prywatnego, ale też z wielkich nakładów i/lub wsparcia państwa. Żaden fundusz bowiem, który wydaje 10 czy 20 mln zł na jakiś obiecujący startup, nie wyłoży 1 mld zł na poważny, obciążony wielkim ryzykiem projekt. Weźmy np. produkcję nowego leku. Są to koszty sięgające nawet 2 mld dolarów ponoszone przez kilkanaście lat i nie wiadomo czy projekt się powiedzie. Dlatego też przez ostanie 20 lat nie pojawił się na świecie żaden nowy, przełomowy lek!

Nie oszukujmy się – wielkie projekty potrzebują wielkich pieniędzy, których nie mamy. Ale gdybym miał wybierać między jakimś wielkim, wspaniałym, znaczącym projektem technologicznym dla Polski, a tworzeniem grupy inteligentnych ludzi i firm, które robią tysiące relatywnie mniejszych, ale ciągle innowacyjnych rzeczy, to wolałbym tę drugą opcję. Rozumiem i doceniam ambicje, ale z drugiej strony, czy ktoś kiedyś słyszał o przełomowych technologiach rodem z Belgii, Hiszpanii, czy nawet Szwecji? A to przecież bogate i duże kraje.

Jak zatem powinna wyglądać etyka biznesu w środowisku cyfrowej transformacji?

Od dawna uważam, że etyka biznesu to złe sformułowanie. Biznes nie może być etyczny, czy nieetyczny, a jedynie ludzie, którzy go tworzą. Antropomorfizacja biznesu nie ma sensu. Oczywiście, możemy zmusić firmy, aby były etyczne. Co więcej, uważam, że większość z nich – jak się ich do tego nie zmusi – nie będą.

Muszę jednak zaznaczyć, że pod tym względem widzę – również w Polsce – ogromny postęp w myśleniu menedżerów o biznesie, o jego roli społecznej. Zawsze będzie tak, że biznes będzie próbował odgrywać rolę etycznego, bo widzi w tym pieniądze. I ja nawet nie mam nic przeciwko temu. Tak długo, jak robi przy okazji coś dobrze dla ludzi, to niech sobie na tym zarabia. Ale rozmawiam z młodymi ludźmi i oni zupełnie inaczej patrzą dziś na ten problem. Na pytanie czy zawsze musi być kontrowersja między zyskiem, a robieniem czegoś dobrego społecznie odpowiadam zdecydowanie nie. I dlatego tak ufam nowemu pokoleniu liderów i menedżerów. Ono naprawdę powoli staje się inne. Inaczej myśli o celach rozwoju. Mniej się angażuje w gonitwę szczurów, myśli o równowadze życia i pracy.

Jakie widzi Pan zagrożenia związane z rozwojem sztucznej inteligencji?

To jest coś, o czym teraz bardzo dużo się mówi i myśli. Paradoksalnie zagrożeniem związanym ze sztuczną inteligencją jest to, że my ją traktujemy właśnie jako „inteligencję”. Bo następnym, naturalnym krokiem jest oddanie jej coraz więcej decyzji, które do tej pory podejmował człowiek. Myślimy, że ona będzie obiektywna, szybsza, będzie brała więcej zmiennych pod uwagę w procesach decyzyjnych, a to niekoniecznie zawsze musi być prawda. Dzisiejsza „sztuczna inteligencja” służy głównie optymalizacji, a nie racjonalizacji. Jeśli stworzymy inteligentny algorytm z zadaniem maksymalizacji produkcji patyczków do rolmopsów, to zamieni w nie całe swoje otoczenie. Używanie dzisiaj pojęcia sztuczna inteligencja jest zatem, w moim mniemaniu, groźnym nadużyciem, bo to tak naprawdę, prawie wyłącznie, zdolność do znajdywania ukrytych wzorców w wielkich zbiorach zróżnicowanych danych. Sieci neuronowe Google’a potrafią np. znaleźć kota na zdjęciach. Zdjęcie to miliony pikseli, a milion zdjęć to jest milion milionów pikseli. I w tym ogromie danych algorytm znajduje kota, o ile wcześniej wytrenowaliśmy program na milionie zdjęć kotów. Uważamy to za przejaw inteligencji. Tymczasem dziecku pokażemy kota dwa razy i rozpozna go potem bez problemu.

Uważam zatem, że ciągle jeszcze czekamy na sztuczną inteligencję. I ona z pewnością kiedyś się pojawi. Póki co, mamy tylko systemy rozpoznawania wzorców, a jak przypisujemy im cechę inteligencji i oddajemy decyzje w różnych sprawach, to uruchamia to niebezpieczny proces przełączania cywilizacji na autopilota. Przestajemy myśleć, bo uwalniamy ludzi od myślenia – nawet w prostych sprawach. I to jest właśnie moment, aby wspomnieć po raz kolejny o samosznurujących się butach Nike’a. Za 10 lat ludzie mogą nie potrafić wiązać butów. Jak pokazują wstępne analizy przyczyn niedawnej katastrofy samolotu Etiopskich Linii Lotniczych piloci nie mieli dostatecznych umiejętności, żeby przejść na ręczne sterowanie maszyną. Czy to nie przekonująca metafora?

Czyli oddajemy zbyt wiele pola?

Niewiarygodną wręcz ilość. Firmom bardziej niż transformacji cyfrowej potrzeba teraz strategii odnowy. Muszą zacząć ponownie myśleć o tym po co są i dlaczego? Parę lat temu McDonald’s miał problemy. Był wtedy szczyt transformacji cyfrowej. Oni jednak nie rozpoczęli naprawy od nowych aplikacji czy retargetowania reklam, lecz zadali sobie pytanie: czego najbardziej potrzebują klienci? A wie Pan czego?

Nawet nie będę strzelał…

Całodobowych śniadań; nota bene tych, na których McDonald’s zbudował swoją potęgę 50 lat temu. Jego klienci w Stanach Zjednoczonych nie mogli zrozumieć czemu przez ostatnie 10 lat przychodząc do McDonald’s o 11:04 nie mogą zjeść śniadania. Uważam więc – będąc jednocześnie propagatorem i miłośnikiem transformacji cyfrowej – że rewolucja i nowa gospodarka rozpoczyna się od technologii, ale kończy zawsze na wartościach. Firmy tak się zamotały w gonieniu nowych technologii, budowaniu kolejnych aplikacji do łapania klienta, że przestały myśleć o wartościach.

Biznes doszedł do takiego momentu, że wszyscy używają tych samych technologii, narzędzi, aplikacji i koncepcji strategicznych – konkurują tymi samymi przewagami. Homogenizacja jest największym wrogiem biznesu. Przewagi oparte na cyfrowości, ze swojej natury, bardzo krótkotrwałe. A biznes opiera się na długoterminowych wartościach. Paradoksalnie, w apogeum transformacji cyfrowej trzeba powrócić do takich wartości podstawowych, jak zaufanie klienta, kultura organizacyjna firmy, relacje z dostawcami i partnerami, tworzenie ekosystemów biznesowych, itd.

Opublikowany przy okazji World Economic Forum 2018 raport „The Future of Jobs” stawia tezę, że czwarta rewolucja przemysłowa wywoła burzę na rynku pracy w perspektywie kilku lat. Ponad 50% wszystkich pracowników będzie wymagała znacznego podniesienia kwalifikacji. Zwiększy się rola automatyzacji pracy. Czy sądzi Pan, że tak się stanie? Co robić, aby się na to przygotować?

Są dwie koncepcje i pewnie żadna nie jest w całości prawdziwa. Pierwsza – optymistyczna – mówi, że zawsze w historii były rewolucje technologiczne, które wprowadzały coś, co eliminowało duże, dotychczasowe rynki pracy; samochody np. zlikwidowały dorożkarzy i furmanów, a maszyny rolnicze większość rolników. Zwolennicy tego poglądu twierdzą, że rynek sobie z tym radził, bo zamian wpowstawały nowe zawody. Czyli nowa technologia budowała też nowy rynek pracy. Natomiast druga koncepcja jest pesymistyczna. Uważam, że powinniśmy brać ją mocno pod uwagę – bo to, co sztuczna inteligencja i roboty potrafią najlepiej, to eliminowanie prostych prac, a więc i pochodnych zawodów.

Główny problem, jaki mamy ze współczesnością to zbudowanie jej na paradygmacie, który – przyznaję – kiedyś mi odpowiadał, a teraz przestaje: myślę o mentalnym terrorze nieustannej zmiany i adaptacji – na poziomie tak indywidualnym, jak i organizacyjnym. To wpędza naszą cywilizację w rozwój oparty na krótko-okresowych strategiach rozwojowych, typu 5-letnich kadencji prezydenckich, 4-letnich parlamentarnych i kwartalnych sprawozdaniach sprzedażowych w korporacjach. To nie jest dobre dla świata, szczególnie dzisiejszego, potrzebującego pokoleniowych perspektyw!

Jakie konkretnie zawody ma Pan na myśli?

Różne, łącznie z wielu księgowymi, urzędnikami, pracownikami magazynowymi, analitykami rynku, a nawet prawnikami. Technologie w pierwszym rzędzie wyeliminują właśnie takie proste zawody. Dlatego skłaniam się do przyjęcia tej drugiej koncepcji. Pozwala nam ona myśleć długofalowo co z tym zrobić. Jeśli uwolnimy szybko rzeszę księgowych, to na jakie prace będą się oni mogli i lub chcieli przekwalifikować? Muszą albo mocno podwyższyć kwalifikacje, albo przenieść się na rynki, które powstają z innych powodów, niż technologiczne. Będzie np. wykładniczo rósł rynek opieki nad starszymi ludźmi. Według prognoz, w ciągu 10 lat 50% prac w administracji publicznej będzie mogła być zalgorytmizowana. Czy więc to nie stanie się problemem politycznym? Trzeba by przecież ich wszystkich zwolnić. Kto się odważy? Prawdopodobnie więc będziemy te etaty trzymać jeszcze przez wiele lat. Ale w prywatnych firmach nikt takich pracowników nie będzie chronić. Możemy się więc spodziewać nowej wersji XIX-wiecznych strajków tkaczy lyońskich przeciw maszynom parowym – tym razem przeciw algorytmom.

A jeśli faktycznie tak by się stało, czy należy wtedy opodatkować te maszyny?

To jest pomysł głównie PR-owski. Gdzie mielibyśmy te pieniądze przekazać i na co?

Firma Nike pochwaliła się ostatnio butami sportowymi, które się same sznurują, regulowanymi z telefonu. Niestety nie ma pewności, że czas zaoszczędzony na sznurowaniu ludzie wykorzystają na myślenie. To dość smutne. Aplikacje tzw. sztucznej inteligencji, o której pewnie zaraz będziemy rozmawiać, w znacznej mierze służą temu, aby człowiek mniej myślał, przez oferowanie mu gotowych rozwiązań na każdą okoliczność – od wyboru filmu do oglądania, do pilotowania samolotu.

Na edukację albo służbę zdrowia…

Gdyby poszły na edukacje to w porządku, jestem za. Ale niektórzy twierdzą, że środki te powinny być przekazane na wyrównanie – przynajmniej częściowe – strat płac osób, które utraciły miejsca pracy na rzecz maszyn. A to oznacza pieniądze wyrzucone w błoto, bo to nic długofalowo nie przyniesie. Systemy edukacyjne muszą przygotowywać do nowych zawodów, których jeszcze nie ma, a nie uczyć dotychczasowych. To jest zupełnie inny rodzaj edukacji i dlatego nauczyciele są właśnie tacy ważni. Nikt inny nie może tego zrobić. Mamy świadomość, że 50% zawodów, które będą wykonywane za 20 lat, jeszcze nie istnieje. Co więcej, nawet nie wiemy jakie one będą. Bo czy, na przykład, przewidziałby pan 2 lata temu, że w Warszawie będzie dziś potrzebnych ponad 100 osób do doładowywania akumulatorów w hulajnogach? Kto by przewidział, że najszybciej rosnącym sektorem na amerykańskim rynku pracy (prawie 50 tys. nowych stanowisk w r. 2018) będzie ten związany z uwolnieniem upraw marihuany dla celów leczniczych? Dużo takich nowych zawodów będzie się pojawiać i musimy mieć system edukacji, który przygotuje ludzi do zmian, a nie do konkretnych zawodów. Ale jest to, w wielu wypadkach, zaprzeczenie tego, co do tej pory rozumieliśmy przez rolę systemu edukacji.

Władimir Putin ogłosił, że w Rosji stworzy Dolinę Krzemową i obiecał na to 2 mld USD. Tymczasem Silicon Valley w Kalifornii to nie jest przecież twór organizacyjny, lecz styl życia, kultura i miejsce, gdzie można być szalonym. Centra kreatywności najlepiej rodzą i działają organicznie, jak paryskie Montparnasse w XIX wieku. Wracając do Pana pytania, też bym chciał, abyśmy za 4 lata mieli 1 mln polskich samochodów elektrycznych. Tylko jeżeli robi się z tego narodowy program i rozpoczyna go od projektowania karoserii, to znaczy, że ludzie, którzy usiłują go uruchomić, kompletnie nie mają pojęcia jakie są kompetencje potrzebne do stworzenia takiego samochodu: baterie, płyta podłogowa, oprogramowanie, stacje ładowania, etc.

Co w takim razie po cyfrowej transformacji? Jaki powinien być następny krok?

Twierdzę, że rewolucja cyfrowa się skończyła. Sama w sobie, to już za mało. Czwarta rewolucja technologiczna polega na połączeniu trzech poprzednich i dołączeniu kolejnego elementu. Następuje, czy też wkrótce nastąpi, zatarcie granic pomiędzy tym co fizyczne, czego dotyczyły pierwsze dwie rewolucje, tym, co cyfrowe (Trzecia Rewolucja) oraz biologiczne. Świat będzie zmierzał w kierunku takich strategii, modeli biznesowych i produktów, które „siedzą” równocześnie na tych obszarach.

To jest powód, dla którego uważam na przykład, że jedną z najważniejszych technologii na najbliższe kilkadziesiąt lat – taką, która zmieni, albo potencjalnie będzie mogła zmienić świat – będzie inżynieria genetyczna oparta na metodzie CRISPR/Cas9. To jest prawdziwa rewolucja! Możliwość ingerowania w genom z taką precyzją, dokładnością i równocześnie niskim kosztem, tworzy przed nami, przed całą cywilizacją nowy świat. Połączenie tego z technologiami cyfrowymi pozwoli na to, by DNA, stało się niewyobrażalnie dużym „dyskiem pamięci’ dla informacji, lub umożliwi budowę komputerów biologicznych. To spowoduje rewolucję. Pytanie tylko, w która stronę to pójdzie…

Nowa gospodarka zbudowana jest na dwóch fundamentalnych zjawiskach. Po pierwsze, twój główny przeciwnik prawdopodobnie przyjdzie spoza branży. Rozumiem przez to kogoś, kto przychodzi z kompletnie nowym modelem biznesowym, który albo adresuje te same potrzeby lepiej, albo proponuje zupełnie nowe i przez to całkowicie demoluje istniejący rynek. Po drugie, w większości przypadków technologia, która zmieni dany biznes będzie również pochodzić spoza niego. Co oczywiście zmusza firmy do pieczołowitego obserwowania całego obszaru technologii. Nie da się bowiem powiedzieć, która z nich będzie ważna – lub nie – dla twojego sektora.

…i czy nam się nie wymknie spod kontroli?

Oczywiście, jest wielce prawdopodobne, że się wymknie. Na tym polega różnica między trzecią rewolucją przemysłową a czwartą, że dzisiejsze technologie mają bardzo szybko się rozprzestrzeniające, globalne skutki. W związku z tym, potrzebują globalnych rozwiązań.

Istotą czwartej rewolucji technologicznej będzie konieczność wprowadzenia mechanizmów globalnego kontrolowania skutków technologii, które te technologie dziś, również globalnie, powodują. I to różnego typu; począwszy od genetycznych i społecznych, a skończywszy na tym co się zdarzyło z Internetem. Miał on być przecież narzędziem demokracji i porozumienia, a doprowadził przy okazji do niebywałego wzrostu nienawiści, podziałów, separacji, hejtu. Albo nam się więc uda, jako cywilizacji, stworzyć globalne mechanizmy kontroli skutków przełomowych technologii, albo sobie z nimi nie poradzimy.

Problem polega na tym, że w momencie, w którym przestawiamy cywilizację na autopilota, zwiększa się równocześnie przez ostatnie kilka lat skłonność do separatyzmów, nacjonalizmów, „Brexitów”… Paradoksalnie więc, w momencie, gdy ludzkość potrzebuje globalnych rozwiązań, to wycofuje się na lokalne, narodowe, żeby nie powiedzieć nacjonalistyczne, pozycje. A to jest bardzo niepokojące. Stephen Hawking uważał, że nasza obecna cywilizacja przetrwa 1000 lat, a tuż przed śmiercią zmienił tę prognozę na lat 100.

Paradoksalnie zagrożeniem związanym ze sztuczną inteligencją jest to, że my ją traktujemy właśnie jako „inteligencję”. Bo następnym, naturalnym krokiem jest oddanie jej coraz więcej decyzji, które do tej pory podejmował człowiek. Myślimy, że ona będzie obiektywna, szybsza, będzie brała więcej zmiennych pod uwagę w procesach decyzyjnych, a to niekoniecznie zawsze musi być prawda. Dzisiejsza „sztuczna inteligencja” służy głównie optymalizacji, a nie racjonalizacji. Jeśli stworzymy inteligentny algorytm z zadaniem maksymalizacji produkcji patyczków do rolmopsów, to zamieni w nie całe swoje otoczenie.

Panie profesorze, czy skończmy tę rozmowę jakoś bardziej optymistycznie?

Mam nadzieję, że w którymś momencie ludzie po prostu zrozumieją ten problem. Nie bardzo mają zresztą inne wyjście. Ziemski ekosystem stworzył się i rozwijał przez miliardy lat – bez człowieka. Gdyby nas kiedyś, z naszej winy, zabrakło, to będzie miał jeszcze kolejne 2-3 miliardy na odnowę, czyli posprzątanie po naszej obecności – zanim Słońce zgaśnie. Świetnie sobie z tym poradzi; plastiki w oceanach się rozłożą, a lasy deszczowe w Brazylii odrosną. Może nawet zdąży powstać nowa cywilizacja Homo Sapiens 2.0, a po niej następne? Obecny Homo Sapiens jest w istocie niezauważalnym epizodem w życiu naszej planety, trwającym jak na razie ok. 0,00076% całego czasu jej istnienia. Jeśli natomiast nie stać nas na nic więcej, to pozostawmy przynajmniej kolejnym cywilizacjom dużo informacji o naszej historii, żeby mogły się uczyć na naszych błędach. Czyż to nie jest wystarczająco optymistyczne? I jakże motywujące!

Artykuł ukazał się na łamach wydania jubileuszowego Magazynu ITwiz – 30 lat transformacji branży IT w Polsce.

Tagi

Podobne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *